środa, 11 czerwca 2014

Rozdział 2 :)


 

Oto drugi rozdział mojej "książki". Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Rozdział 2

-Madeleine!

Krzyk Olivii, mojej starszej, przyrodniej siostry jest tak ogłuszający, że muszę posiedzieć jeszcze chwilkę, zanim zerwę się z łóżka.

-Co ty tu jeszcze robisz kobieto?! Za dziesięć minut panna Cammond podaje śniadanie. A wtedy to matka przyjdzie wygonić cię z łóżka. -Kończy i z trzaskiem zamyka drzwi. Fakt, wolę się ubrać, zanim mama tu przyjdzie. Ona da mi wykład, że tak nie zachowuje się młoda dama. Że młoda dama nie odmawia posłuszeństwa. Że młoda dama powinna mieć szacunek do starej matki. Tak. Młoda dama powinna wiele, tylko, że dla mnie do młodej damy w mniemaniu matki jeszcze daleko.

Zrywam się z pościeli. Czuję zimny powiew na gołym brzuchu, w końcu spałam tylko w topie i szortach. Matka by mnie za to zganiła, bo dobrze wychowana kobieta nie pokazuje gołej skóry tam, gdzie to nie jest niezbędne. Ale ona nawet nie przychodzi życzyć mi miłych snów, bo młoda dama nie potrzebuje czułości. Matka zostawia mnie wieczorem samą, żebym myślała nad swoim zachowaniem, nad swoimi smutkami i słabościami. Dla mnie to chorze, przecież normalne matki rozmawiają ze swoimi dziećmi na każdy temat. My ograniczamy się do „dzień dobry” oraz „jak ci minął dzień, Madeleine?”. Ale nie powinnam jej krytykować. Okazała mi litość, gdy nikt mnie nie chciał. Otwieram zabytkową szafę, którą pamiętam od zawsze. Chowałam się w niej, gdy była burza. Śpiewałam sobie wtedy piosenkę, której nauczyła mnie moja babcia, czyli mama mojej przyszywanej matki. Ona traktowała mnie jak dziecko, nie jak kobietę. Piosenka szła mniej więcej tak.

O Boże, który gromy z nieba wyrzucasz,

Przyjmij mnie do siebie, gdy zasnę w tę noc.

Ty, o Panie, uchylisz me powieki,

Gdy ciemność opęta świat.

Było jeszcze kilka zwrotek, ale z wiekiem czasu zniknęły, jak babunia. No, ale nie będę się teraz rozczulać. Chwytam białe jak ściana, cienkie rajstopy i wciągam je na nogi, zastanawiając się przy tym, co mnie dziś spotka. Ta premiera nie może się normalnie „udać”, gdy ja gram główną tancerkę. Tak zwane body są obcisłe jak własna skóra. Ale o to chodzi. Żeby było widać, to, co ma być widać. Tak mówi pani Women. Nie wiem, czy chodzi jej o efekty naszej pracy, czyli brzuchy płaskie jak deski, czy może o coś innego. Różowa spódnica sterczy na wszystkie strony, odsłaniając moje dosyć długie nogi. Akurat to mojej mamie nie przeszkadza. Zakładam puenty i tanecznym krokiem zbiegam na dół. Dosłownie tanecznym, mam taki krok od czasu, gdy zaczęłam chodzić na zajęcia z baletu. Czyli praktycznie od zawsze.

-No jest moja zgrabna szesnastolatka! –od progu kuchni woła panna Cammond.

No tak.. Dziś moje urodziny. Sama zapomniałam. U nas nie obchodzi się urodzin, ale nasza służąca nie jest stąd. Ona mieszkała za granicami Nowego Jorku. Mówiła mi, że przeprowadziła się tu, bo tam życie nie jest tak piękne. A tutaj jest? To mniej ważne. Dziś jest ten dzień, w którym w naszym kraju staję się pełnoletnia. Będę mogła sama decydować o moim dalszym losie. Ale chyba nie mam większego wyboru, muszę zostać tancerką, żeby nie zawieść matki. Uśmiecham się serdecznie do Ellie. Tak nazywa się pani Cammond. Tylko ja i mój starszy brat, David, tak się do niej zwracamy.

-Och, droga Ellie! Pamiętałaś! –Siadam przy stole, na krześle z pięknymi ornamentami.

-Jak mogłabym zapomnieć? –Służąca podchodzi do mnie z naleśnikiem polanym złocistym miodem. –To najprawdopodobniej najważniejszy dzień w twoim życiu. –Puszcza do mnie oczko, a ja wbijam widelec w naleśnika.

-Ej, nie znęcaj się tak nad nim! –David z uśmiechem wpada do kuchni. Czochra moje włosy i mruga do Ellie. Gdyby matka to zobaczyła, kazałaby mu przestać interesować się służącą. Nie dziwię się mu. Jest piękna. Ma długie, kasztanowe włosy, które związuje w kitkę. Figurę też ma niczego sobie, a mój brat ma dziewiętnaście lat, i nie ma dziewczyny. Ellie byłaby dla niego dobra. Ma tyle lat co on, są tego samego wzrostu. Ale ona jest służącą, a matka nie wybaczyłaby sobie, gdyby dowiedziała się, że jej dziecko chodzi tak niskiej klasy osobą

-Co? –Wypalam, bo naprawdę nie wiem, o co mu chodzi.

-Ten naleśnik niczym nie zawinił, a ty się nad nim znęcasz. Nie pomyślałaś, że to go boli? –Śmieję się razem z nim, gdy po chwili do kuchni wchodzi matka. David prostuje się i odsuwa od panny Cammond. Ja stawiam wcześniej skrzyżowane nogi równo na podłodze i kroję naleśnika widelcem. Mój brat sięga po talerz w najwyższej półce, ale ten wyślizguje mu się z dłoni i z trzaskiem rozbija się na podłodze. To tak mąci chwilową ciszę, że podskakuję na krześle.

-A niech cię! –David schyla się, że pozbierać odłamki, gdy mam uderza swoją ozdobną laską o ziemię. Nosi ją tylko na specjalne okazje, bo podpora nie jest jej potrzebna, ale z nią wygląda dostojniej, jak hrabina.

-Przestań. –Matka ze stoickim spokojem odpowiada i rzuca wyzywające spojrzenie dla Ellie.

-Cammond, posprzątaj to. –Ellie wzdryga się lekko na dźwięk swojego nazwiska. Wiem, że go nie lubi, ale matka zawsze tak się do niej zwraca.

-Teraz. –Uderza laską o podłogę i Ellie budzi się z otępienia. Bierze szczotkę i zamiata odłamki. Wtedy Olivia wpada do kuchni.

-Co się dzieje? Usłyszałam trzask i przybiegłam. To tylko talerz? –Odpowiada, nie czekając na odpowiedź. –To dobrze, bałam się, że coś złego się stało. A ty David, uważaj, bo przestanę się przyznawać, że jesteś moim bliźniakiem. –David uśmiecha się nieznacznie, a Olivia cmoka matkę w policzek. Ta uśmiech się skromnie i wskazuję dłonią na krzesło naprzeciwko mnie. Siostra siada, a David wyjmuje już ostrożniej dwa talerze z szafki. Nakłada naleśniki i siada przy stole, gdy wraca Ellie. Poszła wyrzucić odłamki talerza, ale wróciła z pięknym kwiatkiem w dłoni.

-Pomyślałam, że wplotę to Madeleine do warkocza. Chyba nie ma pani nic przeciwko? –Uśmiecha się do mnie promiennie, lecz po chwili odwraca się do mojej matki. Ta patrzy się na nią z takim gniewem, że ja na miejscu służącej przepraszałabym, że żyje. Ale po chwili wzrok matki łagodnieje.

-Ale tylko na czas próby. Na premierę uczeszą ją odpowiednie stylistki. –Elli posyła matce wdzięczny uśmiech, a ja zrywam się zapominając o talerzu. Ale po chwili słysząc stukot laski matki wracam i wstawiam naczynie do zmywarki. Mama kiwa głową i na palcach, (bo tak się przyzwyczaiłam) wybiegam z pokoju.

wtorek, 10 czerwca 2014

Zaczynam pisać książkę (:

Cześć :) Jaka u was pogoda? Bo u mnie 30 stopni w cieniu, więc cały dzień w domu :P
I z tej nudy, postanowiłam napisać książkę. Wiem, że to dziwne, ale już nie będę się rozpisywać, skąd mam inspirację...
A tu macie pierwszy rozdział :)


Rozdział 1


Anioł.


Budzę się z tym słowem na ustach. Tak naprawdę, nie wiem, dlaczego. Nawiedza mnie już od roku. To znaczy, sen, nie sam anioł. Sen polega głównie na krzykach i muzyce. Troszkę specyficzne połączenie, ale ciągle budzę się oblana potem. Muzyka jest w tym śnie tak pociągająca, czuję się, jakby przyciągała mnie do siebie. A później słyszę przeraźliwy wrzask. Ból na ramieniu jest tak realistyczny, że muszę sprawdzić, czy nie mam rany na ręce. A może to nie rana? Nie no, co innego. Nie mam czasu się zastanawiać. Jutro premiera. Nasz spektakl jest dopięty na ostatni guzik, ale „prób nigdy nie za wiele” jak twierdzi dyrygent, a za razem reżyser naszej sztuki. To naprawdę zwariowany człowiek. Zaczyna mówić o jednym, a za chwilę przechodzi na zupełnie inny temat. Mimo tego, to poczciwy starszy człowiek.


Z zamyślenia wyrywa mnie krzyk matki. Znowu kłóci się z moim młodszym bratem, Arturem. Pewnie znowu o jakieś głupstwo. Wczoraj szła kłótnia o kakao. Mama go nie rozumie. Ale on ma dopiero 9 lat, czego można od dziecka oczekiwać. On ledwie dostaje na najwyższą półkę z książkami, które codziennie zabiera do szkoły. Ale to właśnie czyni go uroczym. Ta jego „małość”. Zawsze, gdy płaczę, próbuje zrobić coś śmiesznego, żebym tylko przestała łkać. Mówi, że wtedy „serce mu się smaży”, gdy mnie widzi w takim stanie. Jak na swój wiek jest dosyć mądry. Tylko matka nie widzi jego inteligencji. My jesteśmy dobrze ułożoną rodziną. Nie ma tu mowy o zbędnych śmiechach i rozrywkach. Trzeba udawać tak dobrze ułożone dzieci, że aż staje się to nienaturalne. Dyganie przed każdą ważniejszą lub znaną ci osobą na ulicy robi się przereklamowane. Ale moja matka ma to gdzieś. Zachowujemy się jak arystokratyczna rodzinka. Tylko, że te czasy minęły, jakiś wiek temu! Ale ja, jako tancerka baletu w głównym teatrze muzycznym Nowego Jorku, muszę zachowywać fason. Tak naprawdę nie przeszkadza mi to tak bardzo, jak może wam się wydawać. Wszyscy mają mnie za słodką dziewczynkę, która jednym uśmiechem potrafi wygonić z duszy ducha smutku. To niezwykłe. Jak można się tak zakłamywać? Mówią, że jest dobrze, gdy nie jest. Nie przyjmują złych wiadomości. Tak samo jak nie przyjęli, że niektórzy ludzie w mieście mają dość takiego systemu działania władz. Ci ludzie po prostu założyli swoją małą ojczyznę na uboczu miasta. Do szkoły chodzą, albo nie chodzą, jak im wygodnie. Nigdy ich nie lubiłam. Może to wina mojego spokojnego życia. Po co im ta adrenalina? Po co im tatuaże? Może właśnie to ich cieszy. Widziałam kilka razy, jak bigli za pociągiem, gdy za nim jechał już następny. Nie mogłam długo na to patrzeć, zawsze po trzydziestu sekundach odwracałam wzrok. Oni gardzą delikatnymi kobietami, jak my gardzimy nimi. Nigdy nie przychodzą do teatru, nie ma tam żadnego ryzyka. No, przynajmniej dla nich. U mnie sytuacja jest inna. Mogę złamać nogę. Mogę pomylić kroki. A wtedy muszę wytrzymywać krzyk pani Women. Tak, ma bardzo dziwne nazwisko. Ale i bez niego byłaby dziwna. Jest naszą nauczycielką tańca, ale czasami mam wrażenie, że uczy tylko mnie. A może tylko ja robię błędy. Po występach jest z nas dumna. Przez chwilkę. Później znów zaczyna się morderczy trening. Ale nauczyłam się tym nie przejmować. Prawie codziennie ktoś na mnie krzyczy, gdy ten drugi ktoś nie widzi.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

"Gwiazd naszych wina" -film!

Czeeeeść ♥


W tamten piątek, jak wam mówiłam, byłam na premierze, najlepsze w dziejach (jak się przekonałam) filmu "Gwiazd naszych wina". Aktualnie jestem w połowie książki, bo rozsyłali dopiero do 4 czerwca. Ale najbardziej denerwują mnie ludzie, którzy oczekują, że film będzie lepszy od książki. Nie da się wszystkiego idealnie odwzorować, nie się też wszystkich emocji oddać.
Ale według mnie, to najlepszy film jaki kiedykolwiek obejrzałam. To nie jest taki "typowy wyciskacz łez"... To cudna komedia na początku, takie cudowne nie wiadomo co w środku i dramat na końcu. Byłam z koleżanką. I za tydzień, w ramach moich urodzin, idziemy jeszcze raz i z jeszcze jedną koleżanką ♥
Tata zamówił mi kolczyki w kształcie książki GNW i bluzkę ze sławnym wzorem "OKAY? OKAY."


Co do obsady...AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Ansel! Cuuudo! Ten uśmiech mnie rozwala! Według mnie, to on w tym filmie zagrał najlepiej. Co do Shai... Jestem pełna podziwu, dla jej ciężkiej pracy.
Ogólnie do filmu... Te teksty są powalające! Macie tu kilka:
"-Proszę pani [..] W sumie mamy pięć nóg, cztery oczy oraz dwa i pół zestawu sprawnych płuc, więc na pani miejscu bym się schował."
"-Może wrócimy tu w nocy?
-U niego i tak jest ciemno." (jest niewidomy)
"-Dlaczego się na mnie gapisz?
-Bo jesteś piękna."
"-Okay, Hazel Grace?
-Okay."


Film chwyta za serce, można się pośmiać i popłakać. No i nawet nieźle odwzorowali książkę c;
Polecam! ♥

wtorek, 3 czerwca 2014

"Wierna"- Veronica Roth

Cześć (: Jak wam minął dzień dziecka? Ja chciałam iść z koleżanką na "Czarownicę" to kina, ale nie ma już miejsc :( Więc postanowiłam zażyczyć sobie od rodziców kolejną książkę!
Tym razem jest to "Wierna", trzecia część trylogii "Niezgodna".




Co mówi opis?
Jeden wybór może cię zmienić.
Jeden wybór może cię zniszczyć.
Jeden wybór pokaże, kim jesteś…

Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwaga), Erudycja (inteligencja), Prawość (uczciwość), Serdeczność (życzliwość) – to pięć frakcji, na które podzielone było społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago. Każdy szesnastolatek przechodził test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musiał wybrać frakcję. Ten, kto nie pasował do żadnej, zostawał uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony.
Ten, kto łączył cechy charakteru kilku frakcji, był NIEZGODNY – i musiał być wyeliminowany...
Ale to już przeszłość. Społeczeństwo frakcyjne, w które Tris tak wierzyła, legło w gruzach – podzielone walką o władzę, naznaczone śmiercią i zdradą. Jednego tyrana zastąpił drugi. Miastem rządzą niepodzielnie bezfrakcyjni. Tris wie, że czas uciekać. Lecz jaki świat rozciąga się poza znanymi jej granicami? Może za murem będzie mogła zacząć z Tobiasem wszystko od nowa, bez trudnych kłamstw, podwójnej lojalności, bolesnych wspomnień? A może poza miastem nie ma żadnego świata…

Co mówię ja?

Mimo wszystkich złych opinii, że jest to "najgorsza z całej trylogii" część, że jest nudna, a ludzie są uśmiercani na siłę, dla mnie się nawet podobała. Ale i tak utwierdziła mnie w przekonaniu, że pierwsza część jest nie do pobicia. Wierna jest jednak najsmutniejsza, ginie mnóstwo lubianych przeze mnie bohaterów. I na końcu... A, nie ważne. Sami przeczytacie.
Ale były momenty, że wybuchałam szczerym śmiechem. I w końcu było jakieś KONKRETNE FourTris! Chociaż jest tu dużo wojny, i niektórych momentów w ogóle nie pamiętam. Są tak szokujące momenty, że musiałam ochłonąć, zanim zaczęłam czytać dalej. Oczywiście, jeżeli ktoś przeczytał dwie części, to trzecią muuusi przeczytać! Jest wiele cudownych cytatów, pięknych słów, dużo się można nauczyć z tej części.
A jeżeli ktoś jeszcze nie zaczął czytać trylogii, to serdecznie polecam! Recenzje poprzednich części są dostępny na tym blogu!

sobota, 31 maja 2014

"Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Bitwa w labiryncie" -Rick Riordan

Cześć ♥
Jestem w trakcie czytania "Wiernej", ale na blogu trzeba coś napisać ;D Byłam na lodach, łapnęłam świeżego powietrza i teraz mogę pisać.


Co mówi opis?
Percy Jackson nie spodziewa się niczego dobrego po kursie przygotowawczym, ale kiedy pojawia się jego tajemnicza śmiertelna znajoma prześladowana przez demoniczne cheerleaderki, sytuacja szybko przestaje być zła... Staje się dramatyczna.
Percy nie ma dużo czasu. Zbliża się wojna między bogami a tytanami. Nawet Obóz Herosów nie jest bezpiecznym miejscem, ponieważ armia Kronosa szykuje się do ataku na jego niegdyś nienaruszalne granice. Aby ją powstrzymać, Percy i jego przyjaciele muszą wyruszyć na niebezpieczną wyprawę przez Labirynt - ogromną podziemną krainę, gdzie niespodzianki i zagrożenia czają się na każdym kroku.
Po drodze Percy zmierzy się z potężnymi wrogami, dowie się prawdy o zaginionym bogu Panie i stanie twarzą w twarz z najstraszliwszym sekretem króla tytanów Kronosa. Ostateczna wojna zaczyna się... od bitwy w Labiryncie.

Co mówię ja?
"Bitwa w labiryncie" to według mnie najgorsza z pięciu cześć PJ. Mało co z niej pamiętam. Najbardziej zaintrygował mnie początek. A później, gdy już trafiają do labiryntu (nie pamiętam wszystkich, ale Percy i Ann na pewno) robi się troszkę nudno. Chociaż przygód tam nie brakuje. Ale nie wiem, ta część nie przypadła mi do gustu. Chyba nie ma tam jakichś nowych postaci, ale bardziej poznajemy tych poznanych w Klątwie Tytana. I Rick oczywiście trolluje znowu...
Wraca Rachel i Annabeth staje się zazdrosna. Ale Percy nie zostawi Rachel na pastwę losu, chociaż ciągle jest wierny Ann :) I muszę wspomnieć, że Ann i Percy w końcu się pocałują!
Nie podobała mi się całą ta historia z Calipso. Wszyscy w obozie myśleli, że Percy zginął, a ona po prostu siedział na wyspie z inną kobietą.. Nie nie nie. Nie podobało mi się to. Ale przez całą serię utrzymana jest atmosfera tajemniczości i wojna z tytanami nabiera tempa.
Oczywiście, jeżeli ktoś zaczął czytać tą przeprzeprzecudowną serię, to Bitwę także trzeba przeczytać! Serdecznie polecam! Recenzje poprzednich części dostępne na moim blogu ;*



piątek, 23 maja 2014

"Zbuntowana" -Veronica Roth

Ostatnio (w jeden dzień ) przeczytałam drugą cześć trylogii "Niezgodna".
Zapraszam do przeczytania mojej recenzji! ♥




Co mówi opis?
Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwaga), Erudycja (inteligencja), Prawość (uczciwość), Serdeczność (życzliwość) – to pięć frakcji, na które podzielone jest społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago. Każdy szesnastolatek przechodzi test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musi wybrać frakcję. Ten, kto nie pasuje do żadnej, zostaje uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony. Ten, kto łączy cechy charakteru kilku frakcji, jest NIEZGODNY – i musi być wyeliminowany...
Dzień, kiedy szesnastoletnia Tris dokonała wyboru, powinien zostać uczczony świętowaniem przez frakcję, do której przystąpiła – jednej z pięciu, jakie istnieją w zniszczonym katastrofą Chicago. Zamiast tego zakończył się tragedią. Przejście z Altruizmu do Nieustraszoności zburzyło jej świat, pozbawiło rodziny, zmusiło do ucieczki, ale i połączyło z Tobiasem – Nieustraszonym o stalowych oczach.
Od tamtej chwili walka frakcji przerodziła się w otwartą wojnę. A podczas wojny trzeba stanąć po jednej ze stron. Wybory są jeszcze bardziej dramatyczne – i jeszcze bardziej nieodwołalne. Zwłaszcza dla Tris, NIEZGODNEJ, która wciąż zmaga się z natrętnymi pytaniami o konsekwencje swojej decyzji, z żalem i wyrzutami sumienia, swoją tożsamością i lojalnością, polityką i miłością. Lecz wstrząsające nowe odkrycia i zmieniające się sojusze sprawią, że musi ujawnić prawdę o sobie. Nawet jeśli miałaby stracić wszystko. A żeby ocalić tych, których kocha, musi złamać niewzruszone reguły swojego bezwzględnego świata…

Co mówię ja?

Muszę przyznać, że nie była jakaś szczególnie cudowna. Pewnie mam takie wrażenie po przeczytaniu pierwszej części, bo tamta naprawdę była świetna.
Oczywiście, są sceny, w których śmiałam się jak głupia, są też takie, w których serce ze strachu bije jak szalone. Ale oczywiście, jeżeli ktoś przeczytał "Niezgodną", to to musi przeczytać "Zbuntowaną"! Jest tu motyw podróży, bohaterowie uciekają z frakcji do frakcji.
Książka ogólnie mi się podobała, chociaż było troszeczkę za mało Four+Tris. I w ogóle jest tak ponuro, wszyscy się kłócą, głównie właśnie Tris z Tobiasem. Zginęło dużo osób, jest bardzo dużo wojny. Może to dlatego jakoś tak słabo mi szło. I miałam dużo spojlerów, to też trochę zepsuło efekt. Ale w tej części ukształtowały się moje uczucia do pewnych bohaterów, jednych bardziej polubiłam, a innych znienawidziłam. Jest to zupełnie inna część niż pierwsza, poprzednia była taka trochę odrębna, ta już zaokrągla całą akcję. Jest dużo zagadek, Tris poświęca się dla sprawy, co też mnie wkurzało. Nienawidzę słyszeć, jak moi ulubieni bohaterowie idą na pewną śmierć. Ale oczywiście akurat w tej części wszystko kończy się w miarę dobrze :)
Ale polecam w ogóle całą serię, bardzo intrygująca! Nawet, jeżeli nie spodobały wam się Igrzyska Śmierci, to powiem wam, że Niezgodna nie jest tak straszliwie podobna do IŚ jak o tym piszą.

sobota, 10 maja 2014

"Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Klątwa Tytana"- Rick Riordan

Hejooo ^^ Dzisiaj napiszę o trzeciej części z serii "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" ♥




Co mówi opis?
Kiedy Percy Jackson dostaje od swojego najlepszego kumpla Grovera pilną wiadomość z prośbą o pomoc, natychmiast przygotowuje się do walki. Przyjaciele ruszają na ratunek i odkrywają, że Grover spotkał kogoś wyjątkowego: dwoje potężnych dzieci półkrwi o nieznanym pochodzeniu. Ale to nie wszystko, co ich czeka. Król tytanów, Kronos, uknuł najbardziej podstępny ze swoich planów, a młodzi herosi mają być jego ofiarami. Nie tylko oni są w niebezpieczeństwie. Przebudził się starożytny potwór - zdolny zniszczyć Olimp, a Artemida, jedyna bogini, która potrafi go wytropić, zaginęła. Percy i przyjaciele wraz z Łowczyniami Artemidy mają tylko tydzień, żeby odnaleźć porwaną boginię i rozwiązać tajemnicę potwora, na którego polowała. A po drodze będą się musieli zmierzyć z najniebezpieczniejszy wyzwaniem: mrożącą krew w żyłach klątwą tytana.



Co mówię ja?
Dla wielu osób, które przeczytały książkę, jest to ulubiona część? Dlaczego? Za sprawą jedno, małego chłopca. Na imię ma Nico, a na nazwisko di Angelo. Tak, po polsku to anioł .Według niektórych jest "słitaśny i uroczy", ale ja go nie trawię. Jest drętwy. No, można to wytłumaczyć jego pochodzeniem. Syn Hadesa, pana podziemi. I w ten sposób dowiadujemy się, że ostatni z wielkiej trójki, który nie był podejrzewany o złamanie zasady (nie można mieć dzieci ze śmiertelnikami, po tym, co się stało z Thalią) także jest winny. I to dwa razy! Nico ma siostrę Biancę, której bardzo mi szkoda.. Przez to też Nico znienawidził Percy'ego, a ja jeszcze bardziej znienawidziłam Nica. Jeżeli chciałam, żeby wszystko było dobrze, to samemu trzeba było iść z siostrą. Bardzo, ale to bardzo lubię Rachel, która pojawia się w tej części. Jest artystką, charakterem trochę przypomina mnie. Wnosi dużo dobrej atmosfery do tej części. Są też łowczynie, które także bardzo lubię... Jest Artemida, która jest jedną z moich ulubionych bogiń, jest też Zoe, której na początku nie lubiłam, a gdy dowiedziałam się o niej więcej, to od razu zmieniłam swoje nastawienie. Jakoś nie zachęcał mnie początek, ale było lepiej już później. Akcja bardzo się rozwinęła.


Jeszcze ogólnie o książce... Podoba mi się, polecam. Mało jest Annabeth, nie zdradzę dlaczego :3
Ale jest za to dużo Thalii. Mnóstwo nowych postaci, ciekawe zwroty akcji i mrożące krew w żyłach przygody i kłopoty bohaterów. Zachęcam do zapoznania się z całą serią.