Witam! ♥
Dzisiaj tak jak obiecałam zamieszczam na blogu recenzję filmu "Kosogłos cz.2".
Od razu ostrzegam, że jest dosyć długa, więc zrób sobie herbatkę, usiądź w fotelu z ciepłym kocykiem i od razu będzie Ci się lepiej czytało :)
Już niedługo będziecie mogli mnie łatwiej obserwować, ponieważ mój nadworny grafik wstawi specjalny przycisk zezwalający na łatwe śledzenie moich wpisów.
Zostaw pod tym postem komentarz, są dla mnie ogromną motywacją!
Zapraszam i życzę miłego czytania :)
Zazwyczaj zaczynam recenzję ekranizacji od czegoś typu "O mój Boże, to było genialne" czy "Zakochałam się w tej adaptacji!", ale nie tym razem. Nie chodzi o to, że mi się nie podobało, wręcz przeciwnie, był to jeden z lepszych filmów, ale nie czuję takich emocji, jakie czułam zawsze. Po wyjściu z sali uderzyła mnie o środka ogromna pustka i niemoc. Myślę, że to dlatego, że poprzednie części kończyły się zazwyczaj na koniec takim wielkim BUM!, a już szczególnie pierwsza część Kosogłosa. Tym razem zakończyło się spokojnym epilogiem, który tak jakby uspokoił wszystkie kotłujące się we mnie uczucia wywołane przez kluczową akcję filmu. I oczywiście tak jak każdy trybut odczuwam pewnego rodzaju smutek, bo to już koniec. Nie będzie niecierpliwego czekania, odliczania dni, zachwycania się kreacjami aktorów na premierach. Co oczywiście nie znaczy, że fandom przestaje funkcjonować, w żadnym wypadku. Niestety, niektórzy właśnie tak to odbierają.
Doskonale wiedziałam, kto umrze, bo czytałam książkę. Spodziewałam się większości sytuacji, chociaż nie wszystkich, bo niektóre zostały pozmieniane. Mimo to trzęsłam się w fotelu i ze stresu miętoliłam bluzkę. Czytałam spojlery z filmu od razu po premierze (nigdy mnie nie zrozumiecie) i spodziewałam się zawału podczas sceny ze zmiechami, więc gdy szli w takiej ciszy przez kanały zawzięcie patrzyłam się na wyjście ewakuacyjne, żeby nie widzieć tych okropnych potworów. Jednak w Heliosie dźwięk jest puszczany tak straszliwie głośno, że żołądek podskoczył mi do gardła, gdy rozległ się ryk tych okropnych stworzeń. W tym momencie łzy zaczynały napływać mi do oczu bo wiedziałam, że zbliża się marny koniec mojego ulubionego bohatera. Wpadłam ostatnio w internecie na takie porównanie, że pierwsze jak i ostatnie słowo Finnicka w ekranizacji Igrzysk to "Katniss!". Serce mi się krajało jak zmiechy go pożerały i chwytał mnie ogromny żal za każdym razem, gdy na ulicach Kapitolu wyświetlali jego twarz jako wizerunek zaginionego.
Każda śmierć w tej adaptacji była wstrząsająca, na każdej ogromnie się wzruszałam. Ale też momentami śmiałam się w duchu, np. gdy siostry Leeg strzelały z budynku do Strażników Pokoju, a cały Kapitol był święcie przekonany, że wygrali wojnę i Kosogłos wraz ze swoim oddziałem nie żyje. I ten uśmiech Finnicka, gdy oglądał obwieszczenie swojej własnej śmierci na ekranie... Dobra, nie będę już o nim mówić, bo się rozpłaczę.
Bardzo poruszająca, choć krótka scena z dziewczynką w żółtym płaszczu. Serce mi się krajało, gdy krzyczała do nieżywej mamy. Scena śmierci Prim była taka jakby... Mniej zaakcentowana niż w książce. No i jeden z najlepszych momentów, czyli wyczekiwany przez wszystkich pocałunek Haymitcha i Effie ♥ Są moim ulubionym parringiem z Igrzysk, chociaż Collins ich nie połączyła.
Trochę nie podobał mi się epilog, bo.. No nie umiem się wysłowić, po prostu do mnie nie przemówił.
Fajnie, że nie zapomnieli o Enobarii jako o zwyciężczyni, wyglądała na koniec olśniewająco.
I na zakończenie tej części recenzji- nieziemsko zrobiona Tigris! Byłam pod ogromnym wrażeniem, charakteryzatorzy naprawdę oddali na ekranie to, co było w książce.
Jeżeli chodzi o aktorów, to oczywiście Jennifer Lawrence jak zawsze była fenomenalna. Czasem zastanawiam się, jakim cudem udało jej się tak świetnie oddać charakter kapryśnej i często opryskliwej Katniss, kiedy aktorka na co dzień uwielbia żartować i przynajmniej wydaje się bardzo miła. Naprawdę podziwiam ją za tę rolę, ale też z drugiej strony trochę współczuję, ponieważ już nigdy nie odpędzi się od bycia Kotną. W jakim filmie by nie zagrała, trybuci zawsze będą widzieć w niej symbol rebelii.
Josh Hutcherson trochę mnie śmieszył, bo wyglądał tak samo ciotowato jak w pierwszej części trylogii, ale nie mam zastrzeżeń do jego gry aktorskiej.
Ciężko mi jest się wypowiadać na temat Liama jako Gale'a, ponieważ... był nijaki. Ale sama jego postać jest dla mnie nijaka, więc nie mam mu tego za złe.
Willow Shields nie miała w tej części za bardzo pola do popisu, tak naprawdę pokazała się na dłużej tylko w scenie, gdy rozmawia z Peetą.
Elizabet i Woody jako Effie i Haymitch... Wielbię ich, nie wybrażam sobie nikogo innego na tym miejscu, dali z siebie wszystko, jak zwykle.
Donald Sutherland jako Snow według mnie nie do przebicia. Z pozoru może się wydawać takim starym dziadkiem, który rozdaje dzieciom lizaki, ale tak naprawdę jest seryjnym mordercą. Idealny.
Julianne Moore... Cieszę się, że w końcu pokazali Coin od tej złej strony, bo w pierwszej części zrobili z niej taką opiekuńczą ciocię.
Mój kochany Sam Claflin jako Finnick oczywiście idealny, nie mam zastrzeżeń, chociaż było go w tej części bardzo mało.
Nie mogę się wypowiedzieć na temat każdego aktorka z osobna, ale według mnie nie było nikogo, kto by się nie przyłożył do swojej roli.
Uhu, troszkę mi się ta recenzja wydłużyła, mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Zachęcam do pisania komentarzy i życzę miłego tygodnia!
Paaa! ♥
Cytat dnia: "Ladies and gentelmans, welcome to the 76th Hunger Games."
Piosenka na dziś: https://www.youtube.com/watch?v=D9Mv6gXqADM
niedziela, 29 listopada 2015
sobota, 14 listopada 2015
"Przebudzona o świcie"- C.C Hunter
Witam :)
Listopad pędzi jak szalony! Za mną konkurs z angielskiego, niedługo z białoruskiego, a już w grudniu egzamin z fortepianu. Trzymajcie kciuki, żebym się ze wszystkim wyrobiła, wsparcie na pewno mi się przyda.
Przypominam o konkursie, który planuję na 30 obserwatorów. Brakuję jeszcze kilku, dokładnie siedmiu. Wierzę w Was! ♥
A teraz zapraszam do przeczytania recenzji świetnej powieści, drugiej części serii "Wodospady cienia", jaką jest "Przebudzona o świcie".
Miłego czytania!
Oryginalny tytuł: "Awake at Down"
Autor: C.C Hunter
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Feeria
Co mówi opis?
Kylie Galen przebywa w Wodospadach Cienia już od jakiegoś czasu. Choć wśród tych wszystkich niezwykłych istot jej życie już nigdy nie będzie takie samo, czuje, że jej miejsce jest właśnie tutaj. Wciąż jednak nie ma pojęcia, kim jest naprawdę. Desperacko pragnie ustalić swoją tożsamość i zrozumieć, dlaczego nawiedzają ją duchy.
Jeden z nich twierdzi, że ktoś bliski Kylie umrze przed końcem lata. Nie wiadomo, kto to będzie ani jak go uratować.
Kylie dręczą też problemy sercowe. Nie potrafi zdecydować, czy zostać z wilkołakiem Lucasem, związek z którym nie należy do usłanych różami, czy być z półelfem Derekiem, który zaczyna coraz bardziej na nią naciskać. Dziewczyna wie, że musi dokonać wyboru…
Romanse jednak muszą zejść na dalszy plan, gdy ciemna strona świata istot paranormalnych zaczyna zagrażać wszystkiemu, co jest dla Kylie drogie.
Jeden z nich twierdzi, że ktoś bliski Kylie umrze przed końcem lata. Nie wiadomo, kto to będzie ani jak go uratować.
Kylie dręczą też problemy sercowe. Nie potrafi zdecydować, czy zostać z wilkołakiem Lucasem, związek z którym nie należy do usłanych różami, czy być z półelfem Derekiem, który zaczyna coraz bardziej na nią naciskać. Dziewczyna wie, że musi dokonać wyboru…
Romanse jednak muszą zejść na dalszy plan, gdy ciemna strona świata istot paranormalnych zaczyna zagrażać wszystkiemu, co jest dla Kylie drogie.
Co mówię ja?
Nie wiem, co takiego jest w tej serii, ale po prostu nie mogę się od niej oderwać. Słyszałam wiele niekorzystnych opinii na temat "Urodzonej o północy", a mimo to skradła moje serce. Tak samo było z "Przebudzoną o świcie".
Bardzo podoba mi się to, że w akcji nie ma zastojów. Wydarzenia nie pędzą jak oszalałe, ale też nie ma momentu, w którym nic się nie dzieje. Wszystko jest dokładnie wywarzone, nie ma wątku który przeważa i tego, który jest odkładany na bok. Nic nie idzie w zapomnienie, a jeżeli już, to tylko na chwilę i po to, żeby za chwilę dać o sobie znać.
Podoba mi się to, że bohaterowie zachowują się jak ludzie (chociaż do końca nimi nie są, ale to szczegół). Chodzi mi o to, że nie ma podziału na tych idealnych, bez wad i tych, którzy mają tylko złe strony. Oczywiście, wyraźnie możemy stwierdzić, kto jest czarnym charakterem, a kto nie, ale ci pozytywni bohaterowie też popełniają błędy. Są po prostu ludzcy. Mają ludzkie myśli, ludzkie zachowania i postępowanie. Często w książkach autorzy o tym zapominają. Chociażby taki zwykły wątek mycia się, czy załatwiania potrzeb fizjologicznych- często w tych kwestiach bohaterowie są wykreowani na roboty, które tego nie potrzebują. W tej powieści tak nie było.
Dobrze wykreowany wątek miłosny. Od początku jestem za związkiem Lucasa i Kylie, więc podobają mi się te zawirowania w relacjach dziewczyny z Derekiem, hehe. Fajne jest to, że chociaż elf był w pierwszej części ukazany jako taki prawie ideał w drugiej widać jego ciemniejszą stronę. To mi się podoba u C.C Hunter- żadna postać nie jest doskonała.
Przyjaźń Delli, Mirandy i Kylie jest niezwykła, chociaż nie obchodzi się bez kłótni. Mimo to widać, że dziewczyny skoczyłyby za sobą w ogień.
I w końcu najważniejsze, czyli niezwykle tajemniczy wątek pojawiającego się ducha z błaganiem o uratowanie kogoś, kto jest dla głównej bohaterki bliski. Ciężko jest to opisać bez spojlerów. Powiem tyle- nie spodziewałam się o kogo chodzi, chociaż w pewnym momencie jakiś tam przebłysk podejrzenia pojawił się w mojej głowie. Cudnie rozegrane, tajemniczo.
Muszę też poruszyć temat tytułu, który dobrany jest idealnie. Dopiero gdy skończyłam czytać zrozumiałam, dlaczego ta część nazywa się akurat tak, a nie inaczej.
Czas na podsumowanie.
"Przebudzona o świcie" jest równie dobra jak "Urodzona o północy". Trzyma w napięciu, pełna zwrotów akcji, miłości i nadnaturalnych stworzeń. Jeżeli seria "Wodospady cienia" nie stoi przeczytana na Twojej półce, to musisz to jak najszybciej nadrobić!
To już koniec dzisiejszej recenzji. Mam nadzieję, że spodobały Ci się moje przemyślenia i zostawisz po sobie ślad w formie komentarza, a może nawet i obserwacji :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień, paaa! ♥
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=TJAfLE39ZZ8
Cytat dnia: "To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia."- Jonathan Carroll
Bardzo podoba mi się to, że w akcji nie ma zastojów. Wydarzenia nie pędzą jak oszalałe, ale też nie ma momentu, w którym nic się nie dzieje. Wszystko jest dokładnie wywarzone, nie ma wątku który przeważa i tego, który jest odkładany na bok. Nic nie idzie w zapomnienie, a jeżeli już, to tylko na chwilę i po to, żeby za chwilę dać o sobie znać.
Podoba mi się to, że bohaterowie zachowują się jak ludzie (chociaż do końca nimi nie są, ale to szczegół). Chodzi mi o to, że nie ma podziału na tych idealnych, bez wad i tych, którzy mają tylko złe strony. Oczywiście, wyraźnie możemy stwierdzić, kto jest czarnym charakterem, a kto nie, ale ci pozytywni bohaterowie też popełniają błędy. Są po prostu ludzcy. Mają ludzkie myśli, ludzkie zachowania i postępowanie. Często w książkach autorzy o tym zapominają. Chociażby taki zwykły wątek mycia się, czy załatwiania potrzeb fizjologicznych- często w tych kwestiach bohaterowie są wykreowani na roboty, które tego nie potrzebują. W tej powieści tak nie było.
Dobrze wykreowany wątek miłosny. Od początku jestem za związkiem Lucasa i Kylie, więc podobają mi się te zawirowania w relacjach dziewczyny z Derekiem, hehe. Fajne jest to, że chociaż elf był w pierwszej części ukazany jako taki prawie ideał w drugiej widać jego ciemniejszą stronę. To mi się podoba u C.C Hunter- żadna postać nie jest doskonała.
Przyjaźń Delli, Mirandy i Kylie jest niezwykła, chociaż nie obchodzi się bez kłótni. Mimo to widać, że dziewczyny skoczyłyby za sobą w ogień.
I w końcu najważniejsze, czyli niezwykle tajemniczy wątek pojawiającego się ducha z błaganiem o uratowanie kogoś, kto jest dla głównej bohaterki bliski. Ciężko jest to opisać bez spojlerów. Powiem tyle- nie spodziewałam się o kogo chodzi, chociaż w pewnym momencie jakiś tam przebłysk podejrzenia pojawił się w mojej głowie. Cudnie rozegrane, tajemniczo.
Muszę też poruszyć temat tytułu, który dobrany jest idealnie. Dopiero gdy skończyłam czytać zrozumiałam, dlaczego ta część nazywa się akurat tak, a nie inaczej.
Czas na podsumowanie.
"Przebudzona o świcie" jest równie dobra jak "Urodzona o północy". Trzyma w napięciu, pełna zwrotów akcji, miłości i nadnaturalnych stworzeń. Jeżeli seria "Wodospady cienia" nie stoi przeczytana na Twojej półce, to musisz to jak najszybciej nadrobić!
To już koniec dzisiejszej recenzji. Mam nadzieję, że spodobały Ci się moje przemyślenia i zostawisz po sobie ślad w formie komentarza, a może nawet i obserwacji :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień, paaa! ♥
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=TJAfLE39ZZ8
Cytat dnia: "To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia."- Jonathan Carroll
sobota, 7 listopada 2015
"Próby ognia"- J. Dashner
Cześć, dzień dobry, witam!
Nie wiem, czy jest sens witania się, bo nie mam pewności, że ktoś to jeszcze czyta. Mam nadzieję jednak, że widzisz właśnie to zdanie i mylę się myśląc, że zostałam zupełnie sama ze swoimi wpisami.
Odkryłam, że muszę jakoś motywować Was do czytania, dlatego ogłaszam wszem i wobec, iż gdy zbiorę 30-stu obserwatorów, zorganizuję konkurs z nagrodą rzeczową. Może i książkową...
Dlatego czekam! Obserwować mojego bloga możecie klikając przycisk po prawej stronie witryny.
Przygotowałam dziś specjalnie dla Was recenzję drugiej części trylogii "Więzień labiryntu", a mianowicie "Prób ognia".
Miłego czytania!
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "The Scorch Trials"
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 415 (włącznie z epilogiem)
Co mówi opis?
Próby Ognia to długo oczekiwany drugi tom bestsellerowej trylogii Więzień Labiryntu.
Znalezienie wyjścia z Labiryntu miało być końcem. Żadnych więcej niespodzianek, żadnych puzzli. I żadnego uciekania. Thomas był przekonany, że jeśli Streferzy zdołają się wydostać, odzyskają swoje dawne życie.
W Labiryncie życie było łatwe. Było jedzenie, schronienie i względne bezpieczeństwo. Dopóki Teresa nie zapoczątkowała końca. Ale w świecie poza Labiryntem koniec został zapoczątkowany już dawno temu.
Spalona przez Pożogę i wysuszona z powodu nowego surowego klimatu, Ziemia stała się krainą zniszczenia, penetrowaną przez Poparzeńców, ludzi zarażonych Pożogą.
Dlatego Streferzy wciąż nie mogą przestać uciekać. Zamiast upragnionej wolności, muszą stawić czoła jeszcze jednej próbie. Muszą przejść przez najbardziej spaloną część świata i dotrzeć do celu w ciągu dwóch tygodni.
Ale DRESZCZ przygotował im na tej drodze wiele niespodzianek. Wiele krwawych niespodzianek...
Thomas może tylko zastanawiać się, czy sekret do wolności tkwi w jego głowie, czy też na zawsze będą zdani na łaskę DRESZCZU...
Znalezienie wyjścia z Labiryntu miało być końcem. Żadnych więcej niespodzianek, żadnych puzzli. I żadnego uciekania. Thomas był przekonany, że jeśli Streferzy zdołają się wydostać, odzyskają swoje dawne życie.
W Labiryncie życie było łatwe. Było jedzenie, schronienie i względne bezpieczeństwo. Dopóki Teresa nie zapoczątkowała końca. Ale w świecie poza Labiryntem koniec został zapoczątkowany już dawno temu.
Spalona przez Pożogę i wysuszona z powodu nowego surowego klimatu, Ziemia stała się krainą zniszczenia, penetrowaną przez Poparzeńców, ludzi zarażonych Pożogą.
Dlatego Streferzy wciąż nie mogą przestać uciekać. Zamiast upragnionej wolności, muszą stawić czoła jeszcze jednej próbie. Muszą przejść przez najbardziej spaloną część świata i dotrzeć do celu w ciągu dwóch tygodni.
Ale DRESZCZ przygotował im na tej drodze wiele niespodzianek. Wiele krwawych niespodzianek...
Thomas może tylko zastanawiać się, czy sekret do wolności tkwi w jego głowie, czy też na zawsze będą zdani na łaskę DRESZCZU...
Co mówię ja?
Jeszcze kilka dni po skończeniu książki byłam w głębokim szoku. Ta część wstrząsnęła mną o wiele bardziej niż "Więzień labiryntu". Z tego co słyszałam od innych książkoholików jest to najlepsza powieść z trylogii i chociaż nie przeczytałam jeszcze "Leku na śmierć" czuję, że te słowa się potwierdzą.
Bardzo lubię Thomasa. Jak pewnie zauważyliście nie zbyt często żywię jakiekolwiek pozytywne uczucia do głównego bohatera, jednak tutaj jest inaczej. Często zgadzam się z wyborami Tommy'ego, chociaż oczywiście nie zawsze, bo bywały momenty, że chciałam go spoliczkować, żeby się ockną.
Chyba nigdy na żadnym bohaterze nie zawiodłam się tak bardzo jak na Teresie. Mogłabym tu rzucić kilka niezbyt ładnych określeń, które przyszły mi do głowy kiedy czytałam wiadome fragmenty...
Dashner wspaniale kreuje postacie. Wiadomo kto kim jest, wszystko jest postawione jasno. Mimo to bohaterom nie brakuje nutki tajemniczości. Nikt nie jest nijaki, każdy ma pewną zarysowaną osobowość. Podoba mi się też to, że autor nie pomija żadnych wątków. O niczym nie zapomina. Umie jednak czasem tak wyminąć niektóre aspekty, żeby nagle wrócić je ze zdwojoną mocą.
O wiele bardziej lubię Brendę niż Teresę. Już nawet nie chodzi o to, co ta druga zrobiła- ona od początku nie zdobyła mojego zaufania, od zawsze wiedziałam, że coś jest nie tak. Za to Brenda... Jest cudowna. Nie idealna oczywiście, bo każdy ma wady, ale jest jedną z lepszych postaci książkowych.
Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło, nie mogę się doczekać, aż mój portfel trochę "spuchnie" i będę mogła w końcu przerwać cierpienia oczekiwania na kolejną część. Mam nadzieję, że kupię"Lek na śmierć" jak najszybciej i obejdę się bez zbędnych spojlerów ze strony złych ludzi z internetu.
Muszę przyznać, że "Próby ognia" męczyłam od końca sierpnia. Nie dlatego, że był nudne, ale po prostu szkoła nie pozwalała mi na spokojne czytanie. Ostatnio trochę chorowałam i miałam w końcu okazję skończyć tę książkę. Nie mogłam się od niej oderwać, a po skończeniu miałam strasznego kaca. Potrzebowałam dwóch dni, żeby się z niego otrząsnąć.
Podsumowując- druga część trylogii "Więzień labiryntu" wytargała moje emocje już chyba maksymalnie. Niesamowite zwroty akcji, ładny, ale nie prosty język i wspaniała fabuła. Chyba nie muszę dodawać, że polecam :)
Jeżeli chodzi o film- nie będę dodawała jego oddzielnej recenzji, ponieważ nie chce mi się po prostu go wspominać. Jedna z najgorszych ekranizacji, jakie miałam nieprzyjemność oglądać. Świetni aktorzy, klimat i w ogóle, ale adaptacja... Przerażająca. W "Próbach ognia" nie było wątku prób ognia. Ciekawe, nie sądzicie?
Zawiodłam się i to bardzo, chociaż po kinowej wersji "Więźnia labiryntu" nie spodziewałam się fajerwerków... Mimo to wyszło gorzej niż myślałam.
I to by było tyle, jeżeli chodzi o recenzję "Prób ognia" :)
Zostawiajcie po sobie ślady w postaci komentarzy i obserwacji. Przypominam, że po trzydziestu obserwatorach możecie spodziewać się konkursu z nagrodą rzeczową, więc warto!
Do następnego tygodnia, paaa! ♥
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=pkCyfBibIbI
Cytat dnia: "A kiedy ona cię kochać przestanie, zobaczysz noc w środku dnia, czarne niebo zamiast gwiazd, zobaczysz wszystko to samo, co ja."- Edward Stachura
Jeżeli chodzi o film- nie będę dodawała jego oddzielnej recenzji, ponieważ nie chce mi się po prostu go wspominać. Jedna z najgorszych ekranizacji, jakie miałam nieprzyjemność oglądać. Świetni aktorzy, klimat i w ogóle, ale adaptacja... Przerażająca. W "Próbach ognia" nie było wątku prób ognia. Ciekawe, nie sądzicie?
Zawiodłam się i to bardzo, chociaż po kinowej wersji "Więźnia labiryntu" nie spodziewałam się fajerwerków... Mimo to wyszło gorzej niż myślałam.
I to by było tyle, jeżeli chodzi o recenzję "Prób ognia" :)
Zostawiajcie po sobie ślady w postaci komentarzy i obserwacji. Przypominam, że po trzydziestu obserwatorach możecie spodziewać się konkursu z nagrodą rzeczową, więc warto!
Do następnego tygodnia, paaa! ♥
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=pkCyfBibIbI
Cytat dnia: "A kiedy ona cię kochać przestanie, zobaczysz noc w środku dnia, czarne niebo zamiast gwiazd, zobaczysz wszystko to samo, co ja."- Edward Stachura
niedziela, 25 października 2015
"Następczyni"- Kierra Cass
Witam! ♥
Przez ten tydzień chorowałam, siedziałam w domu, więc miałam czas na czytanie. Dlatego w najbliższym czasie możecie spodziewać się kilku recenzji, które (jak myślę) lubicie :)
A dziś mam dla Was troszkę krótszą (żeby nie zanudzić) ocenę czwartej części serii "Rywalki", a mianowicie "Następczyni".
Miłej lektury, zapraszam do komentowania :)
Co mówi opis?
Dwadzieścia lat temu America Singer wzięła udział w Eliminacjach i zdobyła serce księcia Maxona. Teraz nadszedł czas, by swoje Eliminacje zorganizowała księżniczka Eadlyn. Eadlyn nie oczekuje, że jej Eliminacje będą choć odrobinę przypominać bajkową historię romansu jej rodziców. Jednak gdy rozpoczyna się rywalizacja, dziewczyna odkrywa, iż znalezienie szczęśliwego zakończenia nie jest tak niemożliwe, jak zawsze się spodziewała.
Co mówię ja?
Muszę przyznać, że nie wiem, od czego zacząć. Książka nie była taka zła, jak ją wszyscy oceniali, ale nie była też jakaś super ekstra.
Eadlyn jest jedną z najbardziej denerwujących głównych bohaterek w dziejach, to wiadomo. Nie rozumiem prawie każdej jej decyzji, chociaż w kilku sprawach ją popieram.
W tej części nie ma magii, którą można było wyczuć w trzech poprzednich. Jest taka... Sucha, że tak to ujmę. Niektóre momenty są tak sztywne i sztuczne, że aż nie chce się ich czytać.
O wiele bardziej polubiłam Americę, jako matka i królowa jest idealna. Eadlyn zupełnie nie pasuje na jej córkę. Końcówka bardzo mnie zaskoczyła, chociaż tak naprawdę nie rozumiem, po co przyszła królowa robiła tyle hałasu o księżniczkę Francji. Rozumiem z jednej strony, że była zazdrosna o brata, ale no bez przesady. Myślę, że to wynik rozpieszczenia. Chciała mieć wszystko i każdego na własność.
Niektórzy chłopcy na eliminacjach są wręcz żałośni, ale są też tacy, którzy wyjątkowo mi się spodobali. Chociaż mam wrażenie, że te eliminacje to takie trochę ciepłe kluchy, wloką się bez celu.
Czytając "Następczynię" miałam okropne wrażenie, że autorka pisała tę część na siłę. Gdybym miała ocenić powieść w skali od 1 do 10 dałabym jej... 3. Niestety.
Ta recenzja będzie krótka, ponieważ nic więcej o tej książce nie umiem powiedzieć. Często mogę zachwycać się historią godzinami, ale w tym przypadku... Nie ma takiej opcji.
Podsumowując- jeżeli czytaliście trzy pierwsze części i nie macie żadnej nowej książki na półce możecie sięgnąć po "Następczynię", ale jeżeli macie inne lektury, to nie polecam śpieszyć się akurat z tą.
Mam nadzieję, że mimo nikłej długości recenzja spodobała Wam się i zostawicie po sobie ślad w postaci komentarza :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień!
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=Yc7-krRX8uA
Cytat dnia: "Dla wrednych- wredna, dla miłych- miła, dla tych, których kocham- nawet bym zabiła."
Czytając "Następczynię" miałam okropne wrażenie, że autorka pisała tę część na siłę. Gdybym miała ocenić powieść w skali od 1 do 10 dałabym jej... 3. Niestety.
Ta recenzja będzie krótka, ponieważ nic więcej o tej książce nie umiem powiedzieć. Często mogę zachwycać się historią godzinami, ale w tym przypadku... Nie ma takiej opcji.
Podsumowując- jeżeli czytaliście trzy pierwsze części i nie macie żadnej nowej książki na półce możecie sięgnąć po "Następczynię", ale jeżeli macie inne lektury, to nie polecam śpieszyć się akurat z tą.
Mam nadzieję, że mimo nikłej długości recenzja spodobała Wam się i zostawicie po sobie ślad w postaci komentarza :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień!
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=Yc7-krRX8uA
Cytat dnia: "Dla wrednych- wredna, dla miłych- miła, dla tych, których kocham- nawet bym zabiła."
sobota, 10 października 2015
"Znajdę cię, Crystal"- Joss Stirling
Cześć!
Październik rozpoczął się pracowicie. Za mną już jubileusz szkoły, otrzęsiny i kolejny przetrwany tydzień! :)
Od razu informuję\ostrzegam, że na blogu niedługo zrobi się trochę bardziej... fioletowo :)
Mam dziś dla Was recenzję jednej z najlepszych książek, jakie czytałam, a mianowicie "Znajdę cię, Crystal" Joss Stirling :)
Miłej lektury!
Co mówi opis?
Najlepsze miejsce na Ziemi aby się zakochać? Wenecja! Crystal Brook zostaje wystawiona na ciężką próbę – z całych sił próbuje się oprzeć urokowi sawanta, Xava Benedicta. Wśród romantycznych zabytków i malowniczych widokówb czai się jednak niebezpieczeństwo. Ktoś zagraża rodzinie Benedict i najbliższym Crystal. Czy Crystal i Xav będą umieli współpracować, aby ich chronić? I co zrobić z ujawnioną nieoczekiwanie tajemnicą?
Co mówię ja?
Nie wiem od czego zacząć. Cały czas nie mogę otrząsnąć się z kaca książkowego, jakiego złapałam po skończeniu tej powieści. Sięgnęłam po nią bezpośrednio po przeczytaniu "Jak cię wykraść, Phoenix?". Po skończeniu każdej części z sagi o braciach Benedictach nie mogę rozstać się z główną bohaterką, która w kolejnej książce schodzi na drugi plan. Za każdym razem przywiązuję się do tytułowych postaci, znajduję w nich jakąś tam cząstkę siebie. Na początku nie byłam przekonana do Crystal. No, do Phoenix i Sky w ich opowieściach też na początku nie pałałam miłością. Strasznie wkurzało mi podejście Crystal do życia, chociaż w pewnym stopniu ją rozumiem. Rodzina cały czas jej wciskała, jaka to jest beznadziejna i właśnie dlatego tak patrzy na świat. Chciałam ją po prostu walnąć kiedy olewała cudownego Xava. Z Benedictami mam tak samo, w każdej książce podoba mi się inny, a kiedy już ją skończę i będę chciała wybrać jednego, najlepszego, no to po prostu... Nie umiem.
Do postaci w "Znajdę cię, Crystal" mogłam dokładnie dopasować z wyglądu osoby, które znam co jeszcze bardziej umilało mi czytanie. Pani Stirling zawsze dokładnie opisuje bohaterów co pomaga w wyobrażaniu ich sobie.
Momentami miałam wrażenie, że akcja dzieje się zbyt szybko, jakby ktoś puścił film w przyśpieszonym tempie. Ale na szczęście nie ma takich długaśnych monologów, które chciałam ominąć. Każdy moment był ciekawy i piękny na swój sposób.
Bardzo fajny jest wątek znanego aktora, widać wtedy, że gwiazdy filmowe nie zawsze na żywo są takie same jak w wywiadach.
Nie podlega wątpliwości iż Joss Stirling pisze najpiękniejsze zakończenie na świecie. Nie zdradza zbyt wiele, zostawia czytelnikowi pole do popisu, możemy sobie
wyobrazić dalsze losy bohaterów.
wyobrazić dalsze losy bohaterów.
Oczywiście nie zabrakło nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nawet BARDZO nieoczekiwanych. Myślę że nikt, kto wcześniej nie usłyszał spojlerów nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Nie mogłam się od książki oderwać, pilnowałam siostrzenicy, a kiedy tylko na chwilę raczyła przysnąć od razu sięgałam po powieść.
Polecam "Znajdę cię, Crystal." oraz inne książki z sagi o braciach Benedictach wszystkim. Od fanów science fiction po miłośników romansów. Idealnie wymierzone, nie ma niczego za dużo, ani za mało. Powieść jest po prostu IDEALNA.
Nie omieszkam także się pochwalić, że pani Stirling jest czytelniczką mojego bloga, ostatnio pisałyśmy troszkę, podesłałam jej link i obiecała, że przeczyta kilka wpisów i jeżeli coś, da mi rady :)
I to już koniec recenzji, mam nadzieję, że zachęciłam was do sięgnięcia po sagę pióra Joss Stirling.
Mam nadzieję, że macie miłe wakacje. Załączam zdjęcie mojej małej siostrzenicy, której także postanowiłam przedstawić historię Crystal. Mina może na to nie wskazuje, ale bardzo jej się podobało! ;D
Życzę wam miłego dnia! ♥
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=3vRHgxviZJk
Cytat dnia: "To było za razem dobre i złe. Miłość buduje i niszczy."
sobota, 26 września 2015
"Więzień labiryntu"- James Dashner
Witam :)
Mija wrzesień, za mną już premiera opery "Carmen", kilka kartkówek i sporo ocen... Jeszcze dziewięć miesięcy do końca roku szkolnego, aż nie chce mi się o tym myśleć >.<
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku, bo u mnie też wszystko zaczyna się powoli układać.
Ostatnio nikt się nie zgłosił, więc próbuję jeszcze raz- potrzebuję nadwornego grafika :) Co powinna umieć taka osoba? Musi umieć zrobić prosty nagłówek, bo nie mam jakichś wygórowanych wymagań, umieć ustawić owy nagłówek i tło, oraz (nie koniecznie, ale dobrze by było, gdyby to umiał) zmieniać utwory w playliście bloga. Jeżeli jesteś w stanie zrobić to wszystko, zgłoś się tu w komentarzu, lub na moim facebooku, asku, mailu, instagramie... Wszędzie, gdzie można mnie znaleźć :)
Tymczasem zapraszam do zapoznania się z moimi przemyśleniami na temat książki chwalonej przez miliony czytelników. Życzę miłego czytania recenzji "Więźnia labiryntu", Jamesa Dashnera.
Kiedy Thomas budzi się w ciemnej windzie, jedyną rzeczą którą pamięta jest jego imię. Nie wie kim jest ani dokąd zmierza. Jednak to nie wszystko - kiedy winda się zatrzymuje i drzwi się otwierają jego oczom ukazuje się grupka dzieciaków, która wita go w Strefie - otwartej przestrzeni otoczonej murami znajdującej się w samym centrum przerażającego i tajemniczego Labiryntu.Podobnie jak Thomas, żaden z obecnych tu chłopców nie wie dlaczego tu jest oraz jak się tu dostał. Wszyscy wiedzą natomiast, że każdego ranka, gdy kamienne mury otaczającego ich Labiryntu rozsuną się, zaryzykują swoje życie by się tego dowiedzieć, nawet za cenę spotkania ze Strażnikami - pół-maszynami, pół-bestiami, przemierzającymi jego mroczne korytarze.
...
James Dashner utkał pasjonującą powieść osadzoną w dystopijnym świecie. Więzień Labiryntu jest pierwszą częścią trylogii, która chwyci czytelnika za gardło i nie puści aż do ostatniej strony, ponieważ każde wejście do Labiryntu może stać się przepustką do koszmaru…
Jedno jest pewne - uciekaj albo giń...
Co mówię ja?
Powieść godna wszystkich dobrych opinii, które o niej słyszałam. I mówię to z ręką na sercu. Niesamowita, wciągająca, nie nudna, nie przymulająca... Perfecto.
Początek wydawał mi się aż za bardzo poetycki i rozbudowany, było dużo opisów, bałam się, że tak będzie przez cały czas. Nic z tych rzeczy. Było dużo świetnych dialogów, ale nie zbyt wiele, wszystko było idealnie wyważone.
Na początku strasznie wkurzał mnie ten slang streferów. Sztamak, klump, świeżuch... Ale później czułam, jak przyzwyczajam się do ich języka, wraz z Thomasem i zrozumiałam, że to właśnie TO jest jednym z plusów całej historii. Czytając, czuję się jak główny bohater, jakbym była nowa w Strefie razem z nim. To świetne i magiczne za razem.
Zakończenie wzbudziło we mnie niepokój, nawet przeszły mnie dreszcze, czułam pewnego rodzaju rozczarowanie... *nie spojleruj* Było takie tajemnicze, mogłabym powiedzieć, że aż niepokojące. Nawet nie wiem, jak to określić, po prostu... Boję się sięgnąć po drugą część, bo nie wiem, jak straszne wydarzenia się w niej znajdą. Byłam też taka trochę rozczarowana, bo tyle się namęczyli, żeby wyjść z tego labiryntu, tyle przeszli, a tu... Dobra, dalej nie piszę, bo będziecie na mnie krzyczeć x.x
Moją ulubioną postacią jest Chuck (YHYM, jest...). Thomas jakoś szczególnie mnie nie wkurzał, mam co do niego neutralne odczucia. Lubię też Newta, Patelniaka i Teresę c:
Uważam, że eksperyment, który został przeprowadzony na chłopcach jest okrutny, tak samo jak Głodowe Igrzyska w "Igrzyskach Śmierci". Słyszałam wiele głosów, że obie trylogie są do siebie podobne, ale nie miałam takich odczuć podczas czytania i nadal mam wrażenie, że "Więzień Labiryntu" jest unikatowy.
Na dzisiaj to tyle- mam nadzieję, że przybliżyłam wam trochę czego możecie się spodziewać po powieści i jeżeli jeszcze jej nie czytaliście to od razu wybierzecie się o biblioteki lub księgarni :)
Miłego dnia\wieczoru, bądź miłej nocy, bo nie wiem, kiedy to czytacie.
Do następnego wpisu! ;*
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=Q8Tiz6INF7I
Cytat dnia: "Music is about bringing light to others."- Avi Kaplan
sobota, 12 września 2015
"Harry Potter i Zakon Feniksa"- J.K Rolwing
Witam! c;
Jak Wam minął drugi tydzień roku szkolnego? Mi trochę słabo, ale może być już tylko lepiej :)
Mam także prośbę- jeżeli ktoś zna się na wyglądach blogów, umie ustawiać tło i robić nagłówki i chciałby się tym zajmować na moim blogu to bardzo proszę, żeby zgłosił się tu w komentarzu, na facebooku, na asku, lub gdziekolwiek indziej, gdzie można mnie znaleźć. Nie jestem wymagająca, wyglądu też za często nie zmieniam, tylko ostatnio miałam humory, to zmieniałam co miesiąc. Liczę na Was! ♥
A dziś przychodzę do Was z długaśną recenzją piątej części sławnej na całym świecie historii o Harrym Potterze!
Zapraszam do przeczytania, nie zrażajcie się długością.
________________________________
Muszę przyznać, że ta część wywierała na mnie skrajne emocje. Raz chciało mi się płakać, raz śmiać, raz byłam wściekła, a nagle ogarniało mnie bezgraniczne szczęście. Ale to jest właśnie charakterystyczne w powieściach Rowling- wywierają na nas ogromne emocje.
"Zakon Feniksa" zaczęłam czytać w lutym tego roku, ale przerwałam po drugim rozdziale. Dlaczego? Bo oczywiście jestem na tyle inteligentna, że jak mi się nudziło obejrzałam ekranizację, a po skończeniu miałam takie "O kurde, przecież ja nie przeczytałam książki!". I miałam już mniej więcej zarysowane wydarzenia, więc wtedy książka trochę przynudzała. Ale zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę, wróciłam do HP znów w lipcu i tym razem poszło gładko.
Zabrałam tę powieść ze sobą do babci, gdzie nie mam nic innego do roboty oprócz czytania. I muszę przyznać się bez bicia, że przez pierwszę 4 rozdziały ledwo przebrnęłam. Ale to nie dlatego, że był nudne, tylko to przez moją głupotę i przez ekranizację wiedziałam, co się wydarzy. Jednak dalszych wydarzeń już nie pamiętałam i bardzo się z tego cieszyłam.
W tej części poznajemy najbardziej jędzowata jędzę na świecie. Nie, nie mówię o Bellatrix, ją akurat nawet lubię, bo jak wiecie lubuję się w czarnych charakterach. Ową najbardziej beznadziejną postacią na świecie jest Dolores Jane Umbridge, którą na pewno znacie i stawiam dychę, że nie pałacie do niej szczególną miłością. Jest taką zakałą w całej historii, dodatkowym problemem. No, na początku jest jednym z głównym problemów. Ale już pod koniec kiedy znika, a Harry idzie do Departamentu Tajemnic i wszystko odwraca się do góry do nogami, zaczęło mi się wydawać, że była jedynie malutką plamką w zbiorze wszystkich niebezpieczeństw i przeszkód.
Pewnie większość z Was niemiłosiernie denerwował w tej części Dumbledore. Naprawdę podziwiam panią Rowling za taką umiejętność manipulowania umysłem czytelnika, że zaczynamy myśleć, że Albus naprawdę zostawił Harry'ego na pastwę losu, ale z drugiej strony wiem, że jest jednym z najlepszych bohaterów i nigdy by tego nie zrobił... Niesamowite.
Cudowny jest także moment, gdy Potter zagłębia się w przeszłość Snape'a. Wtedy dowiadujemy się, dlaczego nauczyciel eliksirów traktuje chłopaka tak... jak go traktuje. Świetnie przedstawiony moment, wściekłość Severusa i zdziwienie Pottera, że jego ojciec był takim dupkiem.
Na początku nie lubiłam Syriusza, nawet nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bardzo dużo osób go uwielbia, fanki za nim szaleją i czułam że to jest po prostu... Przesadzone. Ale oczywiście kiedy zaczynałam się do niego przekonywać musiał umrzeć, bo jakżeby inaczej.
Uwielbiam Lunę. Jest to definitywnie jedna z moich ulubionych postaci, ponieważ ma przeszłość. Ciężką przeszłość. Ale mimo tego się nie załamuje. Bardzo wzruszyła mnie scena, gdy na koniec wywiesza ogłoszenia o zaginięciu rzeczy i nie jest wściekła, ani nic. Jest przyzwyczajona do chamstwa ze strony innych. To przykre, ale niestety jest bardzo dużo takich osób w realnym świecie, które są w szkołach wyśmiewane. Luna jest przykładem człowieka który wierzy w siebie i nie przejmuje się tym, co inni o niej myślą.
Związek Harry'ego i Cho od początku był dla mnie pomyłką, dziewczyna jest przewrażliwiona. Wiem, że dużo przeszła, ale uważam, że powinna w końcu wziąć się w garść. Jeszcze ta jej przyjaciółka... Okropnie mnie denerwowały.
Jestem pod wielkim podziwem wyczynów Freda i George'a, ich odejście było mega spektakularne.
Wstrząsną mną moment, gdy pani Weasley wypędzała bogina z szafki. Często mnie denerwowała swoją nadgorliwością, ale wtedy było mi jej żal. Bardzo troszczyła się o wszystkich, a niektórzy nadal narażali się na niebezpieczeństwo, często bez sensu.
Kurcze, troszkę rozpisałam. Nie miałam weny i bałam się, że ta recenzja będzie za krótka, a wyszło... Jak zawsze. :')
Życzę Wam miłego tygodnia. Do następnego wpisu!
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=uO59tfQ2TbA
Cytat dnia: "To, że się do ciebie uśmiecham wcale nie oznacza, że cię lubię. Może po prostu wyobrażam sobie, że stoisz w płomieniach."
Jak Wam minął drugi tydzień roku szkolnego? Mi trochę słabo, ale może być już tylko lepiej :)
Mam także prośbę- jeżeli ktoś zna się na wyglądach blogów, umie ustawiać tło i robić nagłówki i chciałby się tym zajmować na moim blogu to bardzo proszę, żeby zgłosił się tu w komentarzu, na facebooku, na asku, lub gdziekolwiek indziej, gdzie można mnie znaleźć. Nie jestem wymagająca, wyglądu też za często nie zmieniam, tylko ostatnio miałam humory, to zmieniałam co miesiąc. Liczę na Was! ♥
A dziś przychodzę do Was z długaśną recenzją piątej części sławnej na całym świecie historii o Harrym Potterze!
Zapraszam do przeczytania, nie zrażajcie się długością.
________________________________
Muszę przyznać, że ta część wywierała na mnie skrajne emocje. Raz chciało mi się płakać, raz śmiać, raz byłam wściekła, a nagle ogarniało mnie bezgraniczne szczęście. Ale to jest właśnie charakterystyczne w powieściach Rowling- wywierają na nas ogromne emocje.
"Zakon Feniksa" zaczęłam czytać w lutym tego roku, ale przerwałam po drugim rozdziale. Dlaczego? Bo oczywiście jestem na tyle inteligentna, że jak mi się nudziło obejrzałam ekranizację, a po skończeniu miałam takie "O kurde, przecież ja nie przeczytałam książki!". I miałam już mniej więcej zarysowane wydarzenia, więc wtedy książka trochę przynudzała. Ale zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę, wróciłam do HP znów w lipcu i tym razem poszło gładko.
Zabrałam tę powieść ze sobą do babci, gdzie nie mam nic innego do roboty oprócz czytania. I muszę przyznać się bez bicia, że przez pierwszę 4 rozdziały ledwo przebrnęłam. Ale to nie dlatego, że był nudne, tylko to przez moją głupotę i przez ekranizację wiedziałam, co się wydarzy. Jednak dalszych wydarzeń już nie pamiętałam i bardzo się z tego cieszyłam.
W tej części poznajemy najbardziej jędzowata jędzę na świecie. Nie, nie mówię o Bellatrix, ją akurat nawet lubię, bo jak wiecie lubuję się w czarnych charakterach. Ową najbardziej beznadziejną postacią na świecie jest Dolores Jane Umbridge, którą na pewno znacie i stawiam dychę, że nie pałacie do niej szczególną miłością. Jest taką zakałą w całej historii, dodatkowym problemem. No, na początku jest jednym z głównym problemów. Ale już pod koniec kiedy znika, a Harry idzie do Departamentu Tajemnic i wszystko odwraca się do góry do nogami, zaczęło mi się wydawać, że była jedynie malutką plamką w zbiorze wszystkich niebezpieczeństw i przeszkód.
Pewnie większość z Was niemiłosiernie denerwował w tej części Dumbledore. Naprawdę podziwiam panią Rowling za taką umiejętność manipulowania umysłem czytelnika, że zaczynamy myśleć, że Albus naprawdę zostawił Harry'ego na pastwę losu, ale z drugiej strony wiem, że jest jednym z najlepszych bohaterów i nigdy by tego nie zrobił... Niesamowite.
Cudowny jest także moment, gdy Potter zagłębia się w przeszłość Snape'a. Wtedy dowiadujemy się, dlaczego nauczyciel eliksirów traktuje chłopaka tak... jak go traktuje. Świetnie przedstawiony moment, wściekłość Severusa i zdziwienie Pottera, że jego ojciec był takim dupkiem.
Na początku nie lubiłam Syriusza, nawet nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bardzo dużo osób go uwielbia, fanki za nim szaleją i czułam że to jest po prostu... Przesadzone. Ale oczywiście kiedy zaczynałam się do niego przekonywać musiał umrzeć, bo jakżeby inaczej.
Uwielbiam Lunę. Jest to definitywnie jedna z moich ulubionych postaci, ponieważ ma przeszłość. Ciężką przeszłość. Ale mimo tego się nie załamuje. Bardzo wzruszyła mnie scena, gdy na koniec wywiesza ogłoszenia o zaginięciu rzeczy i nie jest wściekła, ani nic. Jest przyzwyczajona do chamstwa ze strony innych. To przykre, ale niestety jest bardzo dużo takich osób w realnym świecie, które są w szkołach wyśmiewane. Luna jest przykładem człowieka który wierzy w siebie i nie przejmuje się tym, co inni o niej myślą.
Związek Harry'ego i Cho od początku był dla mnie pomyłką, dziewczyna jest przewrażliwiona. Wiem, że dużo przeszła, ale uważam, że powinna w końcu wziąć się w garść. Jeszcze ta jej przyjaciółka... Okropnie mnie denerwowały.
Jestem pod wielkim podziwem wyczynów Freda i George'a, ich odejście było mega spektakularne.
Wstrząsną mną moment, gdy pani Weasley wypędzała bogina z szafki. Często mnie denerwowała swoją nadgorliwością, ale wtedy było mi jej żal. Bardzo troszczyła się o wszystkich, a niektórzy nadal narażali się na niebezpieczeństwo, często bez sensu.
Kurcze, troszkę rozpisałam. Nie miałam weny i bałam się, że ta recenzja będzie za krótka, a wyszło... Jak zawsze. :')
Życzę Wam miłego tygodnia. Do następnego wpisu!
Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=uO59tfQ2TbA
Cytat dnia: "To, że się do ciebie uśmiecham wcale nie oznacza, że cię lubię. Może po prostu wyobrażam sobie, że stoisz w płomieniach."
Subskrybuj:
Posty (Atom)
