sobota, 12 września 2015

"Harry Potter i Zakon Feniksa"- J.K Rolwing

Witam! c;
Jak Wam minął drugi tydzień roku szkolnego? Mi trochę słabo, ale może być już tylko lepiej :)
Mam także prośbę- jeżeli ktoś zna się na wyglądach blogów, umie ustawiać tło i robić nagłówki i chciałby się tym zajmować na moim blogu to bardzo proszę, żeby zgłosił się tu w komentarzu, na facebooku, na asku, lub gdziekolwiek indziej, gdzie można mnie znaleźć. Nie jestem wymagająca, wyglądu też za często nie zmieniam, tylko ostatnio miałam humory, to zmieniałam co miesiąc. Liczę na Was! ♥
A dziś przychodzę do Was z długaśną recenzją piątej części sławnej na całym świecie historii o Harrym Potterze!
Zapraszam do przeczytania, nie zrażajcie się długością.
________________________________
Muszę przyznać, że ta część wywierała na mnie skrajne emocje. Raz chciało mi się płakać, raz śmiać, raz byłam wściekła, a nagle ogarniało mnie bezgraniczne szczęście. Ale to jest właśnie charakterystyczne w powieściach Rowling- wywierają na nas ogromne emocje.
"Zakon Feniksa" zaczęłam czytać w lutym tego roku, ale przerwałam po drugim rozdziale. Dlaczego? Bo oczywiście jestem na tyle inteligentna, że jak mi się nudziło obejrzałam ekranizację, a po skończeniu miałam takie "O kurde, przecież ja nie przeczytałam książki!". I miałam już mniej więcej zarysowane wydarzenia, więc wtedy książka trochę przynudzała. Ale zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę, wróciłam do HP znów w lipcu i tym razem poszło gładko.
Zabrałam tę powieść ze sobą do babci, gdzie nie mam nic innego do roboty oprócz czytania. I muszę przyznać się bez bicia, że przez pierwszę 4 rozdziały ledwo przebrnęłam. Ale to nie dlatego, że był nudne, tylko to przez moją głupotę i przez ekranizację wiedziałam, co się wydarzy. Jednak dalszych wydarzeń już nie pamiętałam i bardzo się z tego cieszyłam.
W tej części poznajemy najbardziej jędzowata jędzę na świecie. Nie, nie mówię o Bellatrix, ją akurat nawet lubię, bo jak wiecie lubuję się w czarnych charakterach. Ową najbardziej beznadziejną postacią na świecie jest Dolores Jane Umbridge, którą na pewno znacie i stawiam dychę, że nie pałacie do niej szczególną miłością. Jest taką zakałą w całej historii, dodatkowym problemem. No, na początku jest jednym z głównym problemów. Ale już pod koniec kiedy znika, a Harry idzie do Departamentu Tajemnic i wszystko odwraca się do góry do nogami, zaczęło mi się wydawać, że była jedynie malutką plamką w zbiorze wszystkich niebezpieczeństw i przeszkód.
Pewnie większość z Was niemiłosiernie denerwował w tej części Dumbledore. Naprawdę podziwiam panią Rowling za taką umiejętność manipulowania umysłem czytelnika, że zaczynamy myśleć, że Albus naprawdę zostawił Harry'ego na pastwę losu, ale z drugiej strony wiem, że jest jednym z najlepszych bohaterów i nigdy by tego nie zrobił... Niesamowite.
Cudowny jest także moment, gdy Potter zagłębia się w przeszłość Snape'a. Wtedy dowiadujemy się, dlaczego nauczyciel eliksirów traktuje chłopaka tak... jak go traktuje. Świetnie przedstawiony moment, wściekłość Severusa i zdziwienie Pottera, że jego ojciec był takim dupkiem.
Na początku nie lubiłam Syriusza, nawet nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bardzo dużo osób go uwielbia, fanki za nim szaleją i czułam że to jest po prostu... Przesadzone. Ale oczywiście kiedy zaczynałam się do niego przekonywać musiał umrzeć, bo jakżeby inaczej.
Uwielbiam Lunę. Jest to definitywnie jedna z moich ulubionych postaci, ponieważ ma przeszłość. Ciężką przeszłość. Ale mimo tego się nie załamuje. Bardzo wzruszyła mnie scena, gdy na koniec wywiesza ogłoszenia o zaginięciu rzeczy i nie jest wściekła, ani nic. Jest przyzwyczajona do chamstwa ze strony innych. To przykre, ale niestety jest bardzo dużo takich osób w realnym świecie, które są w szkołach wyśmiewane. Luna jest przykładem człowieka który wierzy w siebie i nie przejmuje się tym, co inni o niej myślą.
Związek Harry'ego i Cho od początku był dla mnie pomyłką, dziewczyna jest przewrażliwiona. Wiem, że dużo przeszła, ale uważam, że powinna w końcu wziąć się w garść. Jeszcze ta jej przyjaciółka... Okropnie mnie denerwowały.
Jestem pod wielkim podziwem wyczynów Freda i George'a, ich odejście było mega spektakularne.
Wstrząsną mną moment, gdy pani Weasley wypędzała bogina z szafki. Często mnie denerwowała swoją nadgorliwością, ale wtedy było mi jej żal. Bardzo troszczyła się o wszystkich, a niektórzy nadal narażali się na niebezpieczeństwo, często bez sensu.


Kurcze, troszkę rozpisałam. Nie miałam weny i bałam się, że ta recenzja będzie za krótka, a wyszło... Jak zawsze. :')
Życzę Wam miłego tygodnia. Do następnego wpisu!


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=uO59tfQ2TbA
Cytat dnia: "To, że się do ciebie uśmiecham wcale nie oznacza, że cię lubię. Może po prostu wyobrażam sobie, że stoisz w płomieniach."

sobota, 15 sierpnia 2015

"Jak cię wykraść, Phoenix?"- Joss Stirling

Cześć misie! ♥
Od razu Was poinformuję, że nie wiem, czy za tydzień na blogu pojawi się wpis, ponieważ będę akurat na obozie i nie jestem pewna, czy znajdę internet.
Za dwa tygodnie też możliwe, że nie wstawię ulubieńców, bo będę prawdopodobnie na casting do musicalu "Piotruś Pan", ale oczywiście wszystko może się zmienić.
Jak na pewno zauważyliście, zmieniłam wygląd bloga. Mam nadzieję, że Wam się podoba, jeżeli macie jakieś uwagi piszcie śmiało. Jeżeli uważacie, że jest zbyt różowo, to też piszcie, bo tego się obawiam.
Teraz zapraszam do przeczytania recenzji książki "Jak cię wykraść, Phoenix?" pióra jednej z moich ulubionych autorek, Joss Stirling.

Co mówi opis?
Jak cię wykraść, Phoenix? to elektryzująca i wybuchowa powieść o braciach Benedictach. Phoenix należy do gangu złodziei o paranormalnych zdolnościach. Zadaniem Phoenix jest okraść Yvesa Benedicta, zdolnego studenta ze Stanów, który przyjechał na konferencję młodych naukowców do Londynu. Niespodziewanie okazuje się, że Yvesa i Phoenix łączy coś znacznie więcej. Przeszłość Phoenix należy do gangu...

Czy Phoenix ocali ukochanego chłopca... oraz siebie samą?


Co mówię ja?
Druga część sagi o Braciach Benedictach spodobała mi się jeszcze bardziej niż pierwsza. Nie mówię, że była gorsza, ale... Kurcze no, mam wrażenie, że po przeczytaniu każdej kolejnej części będę miała wrażenie, że była lepsza od poprzedniej, ale to chyba normalne przy takich emocjonujących powieściach.
Na początku Phoenix strasznie mnie wkurzała, ale pani Stirling ma skłonność do stwarzania bohaterek, które na początku robą wszystko odwrotnie niż powinny dla dobra wszystkich, ale pod koniec nie ma im się tego za złe, bo wszystko kończy się.. Tak jak powinno.
Tak nietypowo zacznę od końca. Wzruszyłam się, to było piękne. Chociaż Phoenix nie była członkiem rodziny Benedictów wtedy jakby się nim stała. Ten moment z najstarszymi braćmi, był taki uroczy i piękny, no po prostu nie do opisania! Śmiałam się przez łzy, bo Benedictowie mają w sobie ogromną ilość uroku osobistego. W takich momentach wybacza się im wszystko, co wcześniej zrobili źle.
Bardzo podoba mi się wątek przyjaźni Sky i Phee, strasznie lubię takie typowo babskie momenty, gdy idą razem na zakupy, czy coś w tym stylu. To dodaje książkom naturalności. Bohaterowie nie zajmują się tylko problemami, ale też umieją czerpać przyjemność z życia.
Chyba każdy kto czytać tę powieść mniej więcej w środku książki znienawidził Yvesa, z wiadomego powodu, którego tu nie napiszę, żeby nie spojlerować. No po prostu chciałam wyciągnąć go z książki i przyłożyć mu w twarz. Ale ciągle czułam, że nie jest zdolny do takiego okropieństwa, że jest zbyt mądry na takie wybryki.  
Ogólnie Yves jest przeciwieństwem Zeda i cieszę się, że to właśnie on znalazł przeznaczoną w tej części. Widać, że bracia wcale nie muszą mieć ze sobą wiele wspólnego, żeby się kochać i nie oddalać się od siebie. Każdy z Benedictów ma swoją odrębną osobowość, którą doskonale widać w poszczególnych scenach.
Stirling pisze boskie książki, nie wiem, jak inaczej to można określić. Nie da się przy nich nudzić, już sam początek jest interesujący, każde wydarzenie dąży do niezwykłego zwrotu akcji. Niesamowite. Nie ma tam niczego za dużo- sceny piękne przeplatają się z tymi burzliwymi, ale w odpowiednich proporcjach.
No, i autorka wspomniała o "Upiorze w operze", moim ulubionym musicalu, więc jestem jeszcze bardziej zachwycona :D
Mogłabym tu pisać jeszcze wiele zalet, ale nie chcę was zanudzić.
"Jak cię wykraść, Phoenix?"  to książka godna polecenia dla wszystkich i dla tych starszych i dla młodszych. Jeżeli jeszcze jej nie przeczytaliście to powinniście jak najszybciej to zmienić!

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca tej recenzji. Na dziś to tylko, życzę miłego dnia! ^^


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=VBmMU_iwe6U
Cytat dnia: "Na tym polega miłość. Miłość to dotrzymywanie obietnic wbrew wszystkiemu" -"Gwiazd naszych wina", John Green ♥

sobota, 1 sierpnia 2015

RECENZJA SPECJALNA! "Papierowe Miasta" ♥

Witam!
Dziś jest idealny termin na wstawienie ulubieńców lipca (chociaż więcej mam anty-ulubieńców...), jednak musimy to przełożyć na następny tydzień, ponieważ mam dziś dla Was recenzję ekranizacji książki jednego z moich ulubionych autorów- Johna Greena. Owa zaadoptowana powieść to "Papierowe Miasta".
Zapraszam do zapoznania się z recenzją, miłej lektury! :)

Co mówi opis filmu?
Ekranizacja bestsellerowej powieści Johna Greena, autora ”Gwiazd naszych wina”.
Quentin Jacobsen - dla przyjaciół Q - od zawsze jest zakochany we wspaniałej koleżance, zbuntowanej Margo Roth Spiegelman. W dzieciństwie przeżyli razem coś niesamowitego, teraz chodzą do tego samego liceum. Pewnego wieczoru w przewidywalne, nudne życie chłopaka wkracza Margo w stroju nindży i wciąga go w niezły bałagan. Po czym znika. Quentin wyrusza na poszukiwanie dziewczyny, która go fascynuje, idąc tropem skomplikowanych wskazówek, jakie zostawiła tylko dla niego. Żeby ją odnaleźć, musi pokonać setki kilometrów. Po drodze przekonuje się na własnej skórze, że ludzie są w rzeczywistości zupełnie inni niż sądzimy.

Co mówię ja?
Ten film był tak samo cudowny jak "Gwiazd naszych wina", a może nawet bardziej. Po wyjściu z sali byłam w szoku. Skończyło się  mniej więcej tak jak w książce, więc nie dziwi mnie to- po jej przeczytaniu potrzebowałam tygodnia, by wyleczyć się z kaca po tej powieści.
Nie umiem opisać genialności "Papierowych Miast" w kilku słowach w tej recenzji. Precyzja całej opowieści jest aż przerażająca. Każdy detal, każda wskazówka pozostawiona przez Margo jest dopracowana. Podziwiam Johna, naprawdę, na pewno bardzo się napracował nad cała historią. Słowa uznania należą się reżyserowi i autorowi scenariusza za to, że tak świetnie oddali ten tajemniczy klimat na wielkim ekranie.
Było kilka takich scen, że z przyjaciółką KŁADŁYŚMY się na tych fotelach ze śmiechu, to nie był zwykły chichot, na sali ludzie po prostu ryczeli ze śmiechu, to było cudowne. Nie było takich typowych scen do płaczu, jak w "Gwiazd naszych wina", aczkolwiek w pewnych momentach czuło się taki uścisk w brzuchu, jakby się uczestniczyło w tej ich kłótni, to było... dziwne uczucie. Ale to właśnie jest typowe w historiach Greena, targają nami emocje.
Wiedziałam, że w filmie zagra Ansel, ale nie wiedziałam, KOGO zagra. I w momencie, gdy kamera podniosła się na niego, na sali wybuchło poruszenie, ludzie zaczęli się śmiać i szeptać, ogólnie byli w szoku, bo on pojawił się tak nagle i w ogóle nikt się go nie spodziewał.
Dawno czytałam książkę i niewiele z niej pamiętałam, aczkolwiek miałam wrażenie, że film był dobrze odwzorowany. No, może tego, że Q w jednej ze zniszczonych ruder znalazł lakier do paznokci Margo, bo to też był jeden z jej znaków rozpoznawczych, ale to tylko takie szczególiki.
Byłam ciekawa, jak pokażą pierwszą scenę, ponieważ w książce była ona ździebko... przerażająca. W filmie była bardziej interesująca niż straszna i to mi się podobało.
Strasznie mnie wkurzają ludzie, którzy piszą "Denne zakończenie, tak samo jak w książce, ucięte w połowie" i bla bla blaa... Ludzi, o to chodzi! Dokładnie o to chodzi u Zielonego! On zostawia czytelnikom pole do popisu, nie podaje każdego szczegółu, bo to by było po prostu zbyt banalne. Mamy sami sobie dopowiedzieć, co się dzieje z Margo. Tak jak było w filmie, "Jedni mówią to, inni to...". Tak samo czytelnicy, każdy ma swoje zdanie, co się z nią stało, gdzie jest, czy jeszcze spotka Q i tak dalej. Opowieść w książce nie zaczyna się na pierwszej stronie i nie kończy na ostatniej, ta powieść to tylko urywek z życia bohaterów.
Tak samo logiczne jest, że ekranizacja nie będzie w stu procentach zgadzać się z książką- ekipa musi zmieścić się w trzech godzinach filmu, tych trzech godzin nie kręci się w 3 minuty, tylko rok, może trochę mniej lub więcej. Po za tym mało kto wytrzymałby 6 godzin na sali.
No ale cóż, ludzie zawsze będą się czepiać- chociaż sami lepiej by tego nie zrobili. Oczywiście, może mamy tu jakiś ogromny talent, który zmieści w trzech godzinach całą książkę, ale tego filmu już nie uratujecie, hejtując go też nic nie zdziałacie. Rozumiem też to, że komuś coś może się nie podobać, ale niech nie burzy się od razu, niech nie wypisuje nie wiadomo jakich uwag, tylko niech pomyśli, jak bardzo wszyscy się nad produkcją napracowali.


Co do obsady...
Cara Delevingne. Aktorka, modelka... Wszyscy wyczekiwali jej wstępu na wielki ekran w roli panny Spiegelman, by ocenić, czy jest tak samo dobra w obu zawodach. Według mnie, spisała się idealnie. Żadnego błędu. Teraz nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Cara przekonała mnie do siebie, polubiłam ją, nawet dzięki niej zrozumiałam trochę postępowanie Margo, które wcześniej było dla mnie nie zrozumiałe (i nadal trochę jest). Rozwanie zostały wszelkie moje wątpliwości co do Cary w tej roli. Naprawdę, podziwiam ją i zwracam honor za te wszystkie razy gdy mówiłam, że wątpię, iż zagra to odpowiedno.
Natt w roli Q... Uroczy, ciapowaty i zdesperowany. Właśnie taki, jaki powinien być. Nie dziwię się, że Green zatrudnia go do swoich ekranizacji, jest na prawdę dobrym, młodym aktorem. Co najważniejsze jest bardzo naturalny. Oddycha normalni, wzrusza ramionami, pokazuje odruchy normalnego człowieka, a nie wykreowanego lalusia, który gra tylko udawaną rozpacz. Kiedy się śmieje to naprawdę jest szczęśliwy, gdy się kłóci na jego twarzy widać desperację i smutek. Jego także bardzo polubiłam, chociaż podobał mi się już w roli Issacka w "Gwiazd naszych wina".
Jestem mile zaskoczona takimi aktorami jak Austin Abrams (Ben), Justice Smith (Radar), Halston Sagee (Lacey) i Jaz Sinclair (Angela). Zagrali naprawdę świetnie, każda emocja była pokazana, każdy z nich oddał charakter swojej postaci. Pokochałam najbardziej Austina i jego dziwaczność i uroczość, chociaż Ben powinien być gruby i taki w ogóle nie zgrabny, aktor świetnie poradził sobie z rolą. Mam nadzieję, że będą mieli jeszcze okazję pokazać się w jakiejś ekranizacji.

Cóż więcej mogę powiedzieć... Mam po filmie ogromnego kaca, pokochałam go, chętnie wybiorę się jeszcze raz. Aktorzy fenomenalni, wykonanie tak samo, zero odwalania chałtury, dokładność w każdym calu. Nie wspomniałam o muzyce, ale ta też bardzo przypadła mi do gustu.
Polecam serdecznie film wszystkim fanom Zielonego i nie tylko, chociaż lepiej najpierw przeczytać książkę. 
Jeżeli już zdążyliście obejrzeć "Papierowe Miasta" napiszcie swoją opinię w komentarzu, a jeżeli nie, to szybko rezerwujcie bilety na najbliższy seans, bo naprawdę warto :)

Cytat dnia: "PÓJDZIESZ DO PAPIEROWYCH MIAST I NIGDY JUŻ NIE POWRÓCISZ" ♥


sobota, 18 lipca 2015

"Dary Anioła: Miasto Kości"- Cassandra Clare

Dzień dobry wszystkim! ♥
Mam nadzieję, że wakacje mijają wam dobrze- moje przez chwilę były smutne, ale teraz znowu żyję pełnią szczęścia, wszystko się wyjaśniło :)
Opublikowałam nowy cover- tym razem jest to utwór po polsku, a mianowicie "Boję się" z musicalu "Romeo i Julia". Zapraszam do wysłuchania, kto jeszcze nie słyszał, czekam na wasze opinie, będę wdzięczna za każdy szczery komentarz pod filmem :) https://www.youtube.com/watch?v=GV1db_T8Jss
Jutro zawitam do Warszawy- serdecznie pozdrawiam wszystkich Warszawiaków! :)
A teraz zapraszam do przeczytania recenzji świetnej książki- "Dary Anioła: Miasto Kości"! ♥
Co mówi opis?
Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela.
Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą zmarli Łowcy. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Łowców Cieni, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich.
Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli boskich przedmiotów. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, pod przywództwem zbuntowanego Łowcy, Valentine’a, który niemal na zawsze zniszczył tajemny świat Łowców. I mimo że od śmierci Valentine’a minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął…
Co mówię ja?
Dziwi mnie to, że opis w internecie jest o wiele dłuższy niż ten na książce, ale mniejsza z tym. Na pewno słyszeliście wiele pozytywnych komentarzy na temat tej powieści. A ja... się do nich dołączam, jak najbardziej.
Książka od pierwszej strony trzyma w napięciu, chociaż nie w tak wyraźnym, jak przy innych powieściach, dopiero po kilku rozdziałach zaczynamy odczuwać ten strach o losy bohaterów. Niby wszystko zaczyna się zwyczajnie, jest dziewczyna, jest chłopak, jest klub. A tu nagle BUM! Niespodzianka. Później sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować, wszystko odwraca się do góry nogami. Uważam, że to książka dla inteligentnych (nie obrażając nikogo), bo trzeba sporo myśleć, żeby nadążyć za akcją.
Niektóre teksty są tak świetne, że śmiałam się na głos. Jace i te jego cięte riposty.. No po prostu cudo! Niektórych tych cytatów na pewno będę używała na co dzień :)
Autorka wykreowała świat, który swoją tajemniczością skłania czytelnika do zagłębiania się dalej  powieść, by dowiedzieć się o nim więcej. Nie musiałam "męczyć" tej książki, jak w co poniektórych przypadkach. Jest lekka, ale za razem nie głupia i pogmatwana.
Kocham Jace'a, tak jak pewnie większość czytelniczek za tę jego szarmanckość. Chociaż pod koniec książki strasznie mnie zdenerwował. Ale było wtedy widać, że on też ma uczucia i też może się złamać.
Nie lubiłam Aleca i Isabelle, ale pod koniec zmieniłam zdanie. A Simona... Nie wiem, nie trawię go. Według mnie tylko tam przeszkadza. Kocham też Magnusa, najbardziej barwną i nietypową postać w całej powieści :D Co do Clary... Jest pierwszą główną bohaterką, która wkurzyła mnie tylko raz. Naprawdę.
Podziwiam panią Clare za to, że nie złamała mi serca, ale umiejętnie i z gracją wplotła zwroty akcji i cudowne momenty do całej historii.
Podoba mi się także to, że poruszyła wątek Boga. Większość autorów nawet o Nim nie wspomina, żeby nie wzbudzić kontrowersji. Natomiast Cassandra Clare umiejętnie wytłumaczyła nastawienie Nocnych Łowców do Najwyższego nie robiąc z tego sensacji, po prostu Jace wypowiedział się o tym spokojnie. Bardzo mi się to podobało.
Podsumowując- "Dary Anioła: Miasto Kości" to piękna książka, którą czyta się lekko, ale nie brakuje tam dobrej akcji oraz śmiesznych i wzruszających momentów. Na pewno sięgnę po resztę serii.
Do następnego wpisu! ^^


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=GV1db_T8Jss
Cytat dnia: "Komnata tajemnic została otwarta. Strzeżcie się, wrogowie dziedzica."- "Harry Potter i Komnata Tajemnic"- J.K Rowling




sobota, 4 lipca 2015

"Czerwona Królowa"- Victoria Aveyard

Witam!
Słońce ostatnio nieźle dopieka, można się usmażyć. Dlatego większość czasu spędzam na czytaniu. Recenzje w wakacje będą pojawiały się coraz częściej.
Zajrzyjcie do poprzedniego posta, prosiłam tam o pomoc, ale nikt nie skomentował. Więc jeżeli nie widzieliście tego wpisu to proszę, pomóżcie, bo cierpię na brak weny.
Jeżeli macie aska to zapraszam na profil o Percym Jacksonie, który niedawno założyłam http://ask.fm/PJPOLAND
A teraz zapraszam do przeczytania recenzji książki Victorii Aveyard- "Czerwona Królowa".
Co mówi opis?
"– Mare Molly Barrow, urodzona siedemnastego listopada 302 roku Nowej Ery, córka Daniela i Ruth Barrowów – recytuje z pamięci Tyberiasz, streszczając moje życie. – Nie masz zawodu i w dniu następnych urodzin masz wstąpić do wojska. Chodzisz do szkoły nieregularnie, osiągasz słabe wyniki i masz na swoim koncie wykroczenia, za które w większości miast trafiłabyś do więzienia. Kradzieże, przemyt, stawianie oporu podczas aresztowania to zaledwie początek listy. Ogólnie rzecz biorąc, jesteś biedna, nieokrzesana, niemoralna, mało inteligentna, zgorzkniała, uparta i przynosisz hańbę swojej wiosce i królestwu. […]
– A mimo to jest w tobie coś więcej. – Król wstaje, ja zaś przyglądam się z bliska jego koronie. Jej końce są nieprzeciętnie ostre. Jak sztylety. –  Coś, czego nie mogę pojąć. Jesteś jednocześnie Czerwoną i Srebrną. Ta osobliwość pociąga za sobą potworne konsekwencje, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Co zatem mam z tobą począć?"
Co mówię ja?
Opis dosyć nietypowy, bo jako fragment książki. Mimo to mniej więcej mówi, o co chodzi w powieści, ale daje także nutkę tajemniczości. Bardzo fajny pomysł.
Od początku i tak mniej więcej do środka książka była straszliwie podobna do "Rywalek". Ten sam schemat- biedna dziewczyna, kilkoro rodzeństwa, brak jedzenia w domu, najlepszy przyjaciel i nagle dziewczyna staje się kimś ważnym. Później trafia do pałacu, choć wcale tego nie chce i bla bla bla. Nawet większość postaci z "Rywalek" mogę przyporządkować do tych z "Czerwonej Królowej". Mare- America, Evangeline- Celeste itd. itp. To szczerze mówiąc troszkę mi przeszkadzało w czytaniu, bo nie natrafiłam wcześniej na powieść tak podobną do którejś, którą już czytałam.
Mimo to powieść nadrabia akcją. Nie było nudnych fragmentów, przez które ledwo przebrnęłam, z czego bardzo się cieszę, bo już mam naprawdę dość takich momentów. Psują one "fajność" całej książki. Tutaj wszystko szło szybko, jedno wydarzenie ciągnęło za sobą konsekwencje drugiego. Postacie bardzo z bardzo specyficznym podejściem do życia, oczywiście jak to bywa w tego typu powieściach pokazane jest zetknięcie zupełnie różnych światów i następuje ono nagle. Tutaj te światy to Czerwoni i Srebni, różni ich kolor krwi i umiejętności. No, chociaż są także wyjątki, takie jak Mare. Tutaj kończę ten wątek, zanim zacznę spojlerować.
I końcówka... O mój Boże, no nie mogła być gorsza. To znaczy, nikt się jej raczej nie spodziewał i jest masakrycznie zaskakująca, ale no... Nie można było dać tam jakiegoś happy end'u? Zakończenie złamało moje serce, podeptało i jeszcze przeżuło.
Podsumowując- powieść trzyma w ciągłym napięciu, nie mogłam się od niej oderwać, niestety jednak momentami myliłam Amy z Mare itd. To chyba największy minus.
Moja ocena to takie mocne 7\10 :)
Do następnego wpisu!


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=lExW80sXsHs
Cytat dnia: "Imagine all the people" 

piątek, 19 czerwca 2015

"Kraina jutra"- recenzja filmu.

Witam! ♥
Jestem już po wszystkim egzaminach, poszło mi nawet dobrze, teraz czekam na wyniki. 
Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki! 
I chciałabym podziękować za ponad 30 tys. wyświetleń! Jesteście wspaniali i kochani, dziękuję! Mam nadzieję, że jeszcze nie znudziły was moje przemyślenia i będziecie tu nadal zaglądać :)
Wspominałam już także, że chcę zmienić wygląd bloga. Prosiłam was o wybranie tła i dziękuję wszystkim, którzy zostawili pod tamtym postem swój komentarz. Niestety, nie będę mogła skorzystać waszych rad, bo dowiedziałam się, że tło które wybraliście będzie rozpikselowane :\ Więc będę musiała ustawić inne. Ale dziękuję wam za pomoc :)
A teraz zapraszam na recenzję filmu "Kraina Jutra"! 
Co mówi opis?
Dwoje bohaterów: uznany w dzieciństwie za geniusza, a obecnie rozczarowany życiem Frank oraz inteligentna nastolatka przepełniona zamiłowaniem do nauki Casey, wyrusza na niebezpieczną misję, której celem jest odkrycie tajemnicy miejsca zagubionego w czasie i przestrzeni, znanego jako "Kraina jutra".

Co mówię ja?
Film bardzo mi się spodobał. Chociaż miałam wrażenie, że fabuła się nie klei. Ogólnie cała produkcja była poplątana i troszkę nie jasna, ale nie zwraca się na to większej uwagi oglądając. Czułam też, że niektóre wątki są nie do końca wyjaśnione i aż zbyt zagmatwane. Jednak film nadrabia niezwykłymi zwrotami akcji i wspaniałymi scenami walki. W niektórych momentach aż dech zapiera w piersiach ze strachu, co będzie dalej. Nie zabrakło także wzruszeń... Może jeszcze ktoś z was obejrzy ten film, więc nie chcę spojlerować, ale jest kilka takich scen, które mocno ściskają za serce. Szczerze mówiąc było kilka takich momentów, w których mówiłam "Aha... Okay.", bo akcja była lekko dziwna i niejasna. Mimo to po wyjściu z sali byłam oszołomiona całym filmem, co oznacza, że był on naprawdę dobry. A co poniektóre teksty naprawdę mnie  rozwaliły, pomimo poważnej akcji można było się pośmiać. Główną ideą filmu jest uświadomienie ludziom, co może stać się z naszą planetą, jeżeli nie zaczniemy reagować na zagrożenia ze strony dzisiejszego środowiska. I naprawdę po wyjściu z sali głęboko zastanawiałam się nad zniszczeniami, które następują na Ziemi. Jeżeli nie chcemy odliczać dni do zagłady, musimy zacząć reagować- to główne przesłanie filmu.  Chętnie poszłabym na "Krainę jutra" jeszcze raz, ponieważ pomysł na produkcję jest bardzo dobry, tak samo jak obsada.

Co do obsady...
George Clooney... No co tu dużo mówić, cudowny. Potrafił zagrać miłość do dziewczynki, którą poznał jak był mały, a ona nie urosła i gdy był już dorosły nadal ją kochał... Podziwiam go, bo to naprawdę trudne do zagrania. Jest wiarygodny w każdej scenie, on nie gra, on opowiada sobą historię. Podziwiam także dziewczynkę, która grała Athenę, czyli Raffey Cassidy. Zagrała w filmie z Clooneyem, co chyba o czymś świadczy. Jest naprawdę cudowna. W jej oczach widać każdą emocję, nie było żadnego zachwiania. Mistrzostwo. Brittany Robertson także świetnie grała, jednak nie zachwyciła mnie tak bardzo jak swoje poprzednio wspomnianych aktorów. Oczywiście Hugh Laurie jak zwykle tajemniczy, a mimo to zabawny i dramatyczny jednocześnie. Pierce Gagnon oraz Thomas Robinson są straszliwie słodcy i cudni ♥

Podsumowując- serdecznie polecam film fanom produkcji fantasy. Wzruszająca, piękna, niezapomniana i dająca do myślenia "Kraina jutra" już w kinach!. ♥ 

Piosenka na dziś->  https://www.youtube.com/watch?v=ijIPmhvhtr0
Cytat dnia: "Wszyscy jesteśmy wariatami, tylko nie wszyscy jesteśmy zidentyfikowani."


czwartek, 4 czerwca 2015

"Will Grayson, Will Grayson"- John Green, David Levithan

Cześć! ♥
Wysyłam wam spóźnione życzenia z okazji dnia dziecka! ♥ Mam nadzieję, że poniedziałek minął wam świetnie, tak samo jak mi :)
Dziś zapraszam was na długą recenzję kolejnej książki Greena :) Obiecuję, że następna będzie krótsza! I następnym razem będzie to recenzja filmu... A jakiego? Zobaczycie za tydzień.
A teraz, zapraszam! ♥
Co mówi opis?
Pewnego zimnego wieczoru w Chicago przecinają się ścieżki dwóch Willów Graysonów. Nazywają się tak samo, ale do tej chwili żyli w zupełnie różnych światach. Teraz ich życie rusza w całkiem nowym i nieoczekiwanym kierunku. Po drodze jest miejsce na przyjaźń i miłość, muzykę i futbol, a emocjonalna plątanina znajduje kulminację w najbardziej szalonym i spektakularnym musicalu, jaki kiedykolwiek wystawiono na deskach licealnych scen.

Co mówię ja?
Czytałam o tej książce bardzo dużo dobrych opinii. Ludzie mówili, że to najlepsza książka Greena. Ja za to mówię zdecydowane- NIE.
Na okładce znajdziemy znak "MYŚL-NIK". Oznacza to, że powieść powinna "zmusić nas" do myślenia. Ja nie myślałam przy niej ani trochę. Było tam kilka momentów, przy których trzeba było wytężyć mózgownicę, ale to jeszcze nie powód, że pisać, że cała opowieść skłania do myślenia. Oczywiście, pewnie znalazły się osoby, które rozmyślały nad sytuacjami zaistniałymi w historii długo, ale ja po prostu przewracałam kolejne strony.
Czasem niektóre momenty były tak zagmatwane, że musiałam przypomnieć sobie, co się działo ileś tam stron wcześniej, żeby załapać, o co chodzi w całej sytuacji. Mam wrażenie, że książka jest niedopracowana, nie do końca przemyślana.
Fajne jest to, że da się odróżnić dwóch Willów, ponieważ jeden pisze każde zdanie mała literą. Na początku to mnie wkurzało, ale później się do tego przyzwyczaiłam. Autor  na końcu mówi, że Will postrzega siebie jako człowieka "pisanego małą literą", dlatego jego rozdziały są tak nietypowo sformułowane. Możecie mnie uznać za ignorantkę, ale ja uważam, że to bardziej po to, żeby odróżnić dwóch Willów.
Obrzydza mnie Kruchy. Wiem, że jest on przedstawiony w książce niekorzystnie specjalnie, ale no... Jak wyobrażam sobie niektóre sceny z nim, to aż mnie mdli. Jest chyba najgorszym z bohaterów w tej książce. Według mnie, oczywiście.
Zakończenie... Z jednej strony wszystko skończyło się w odpowiednim momencie, a z drugiej nie. Mam wrażenie, że historia z Maurą nie jest wyjaśniona. Nawet nie jest jakoś specjalnie kontynuowana. Na początku jest takie "BUM!", a później ten wątek schodzi na drugi plan i już nie powraca. Już zdążyłam się przyzwyczaić, że w książkach Greena wszystko kończy się bez wyjaśnienia, jednak nie zaczerpniecie tego wątku wyjątkowo mnie wkurzyło, bo uważam, że można go było nieźle pociągnąć, zrobić z niego fajną akcję z happy endem.
I po tym musicalu spodziewałam się troszkę więcej. W końcu miał być "spektakularny", a był... Według mnie przeciętny. Oczywiście, był nietypowy, ale nie zwalił mnie z nóg. Tak samo jak akcja Willów, którą organizowali. To było słodkie i w ogóle urocze, ale no... To nie to, czego oczekiwałam.
Sądziłam, że będzie więcej wątków z dwoma Willami. A więcej było wątków Kruchy-Will. A sądzę, że książka byłaby o wiele ciekawsza, gdyby oba Graysony wpadały na siebie częściej, bo są zupełnie różni i to jest w nich fascynujące. Po za tym opis książki mówi nam właśnie wokół nich będzie rozgrywana cała historia... A tu niespodzianka, głównym bohaterem stał się Kruchy Cooper.
W całej historii króluje wątek homoseksualny. W książkach Zielonego (choć akurat "W.G., W.G" nie jest tylko jego dziełem) zawsze poruszane są delikatne tematy, zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Ale uważam, że ta powieść jest aż zbyt odważna, że trochę przesadził. Ale może jestem przewrażliwiona, nie wiem.
Cały początek był okay, nawet mi się podobał, chociaż nie wciągnął mnie jak np. początek "Gwiazd naszych wina". Ale środek... niezbyt dobry. Tak samo końcówka. Mam wrażenie, że książka jest niekompletna. W każdym razie, jeżeli jesteście fanami twórczości Greena warto sięgnąć po "Will Grayson, Will Grayson" i sprawdzić, czy mówiłam prawdę i czy się ze mną zgadzacie.

Hu hu, to się rozpisałam! ^^
Mam jednak nadzieję, że dotrwaliście do końca i mimo moich nie za dobrych opinii o książce Greena i Levithana sięgniecie po nią i opiszecie mi swoje wrażenia.

Przepraszam, żę ta recenzja jest taka obszerna, ale po prostu chciałam wypisać wszystkie swoje odczucia, a jak widać troszkę ich tu dużo... Troszkę. :D
Do następnego wpisu! *-*

Cytat dnia: "We are the heroes of our times, but we're dancing with the demons in our minds."- cytat z piosenki "Heroes"- Mansa Zelmelrowa ♥