sobota, 7 listopada 2015

"Próby ognia"- J. Dashner

Cześć, dzień dobry, witam!
Nie wiem, czy jest sens witania się, bo nie mam pewności, że ktoś to jeszcze czyta. Mam nadzieję jednak, że widzisz właśnie to zdanie i mylę się myśląc, że zostałam zupełnie sama ze swoimi wpisami.
Odkryłam, że muszę jakoś motywować Was do czytania, dlatego ogłaszam wszem i wobec, iż gdy zbiorę 30-stu obserwatorów, zorganizuję konkurs z nagrodą rzeczową. Może i książkową...
Dlatego czekam! Obserwować mojego bloga możecie klikając przycisk po prawej stronie witryny.
Przygotowałam dziś specjalnie dla Was recenzję drugiej części trylogii "Więzień labiryntu", a mianowicie "Prób ognia".
Miłego czytania!
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "The Scorch Trials"
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 415 (włącznie z epilogiem)
Co mówi opis?
Próby Ognia to długo oczekiwany drugi tom bestsellerowej trylogii Więzień Labiryntu.
Znalezienie wyjścia z Labiryntu miało być końcem. Żadnych więcej niespodzianek, żadnych puzzli. I żadnego uciekania. Thomas był przekonany, że jeśli Streferzy zdołają się wydostać, odzyskają swoje dawne życie.
W Labiryncie życie było łatwe. Było jedzenie, schronienie i względne bezpieczeństwo. Dopóki Teresa nie zapoczątkowała końca. Ale w świecie poza Labiryntem koniec został zapoczątkowany już dawno temu.
Spalona przez Pożogę i wysuszona z powodu nowego surowego klimatu, Ziemia stała się krainą zniszczenia, penetrowaną przez Poparzeńców, ludzi zarażonych Pożogą.
Dlatego Streferzy wciąż nie mogą przestać uciekać. Zamiast upragnionej wolności, muszą stawić czoła jeszcze jednej próbie. Muszą przejść przez najbardziej spaloną część świata i dotrzeć do celu w ciągu dwóch tygodni.
Ale DRESZCZ przygotował im na tej drodze wiele niespodzianek. Wiele krwawych niespodzianek...
Thomas może tylko zastanawiać się, czy sekret do wolności tkwi w jego głowie, czy też na zawsze będą zdani na łaskę DRESZCZU...

Co mówię ja?
Jeszcze kilka dni po skończeniu książki byłam w głębokim szoku. Ta część wstrząsnęła mną o wiele bardziej niż "Więzień labiryntu". Z tego co słyszałam od innych książkoholików jest to najlepsza powieść z trylogii i chociaż nie przeczytałam jeszcze "Leku na śmierć" czuję, że te słowa się potwierdzą.
Bardzo lubię Thomasa. Jak pewnie zauważyliście nie zbyt często żywię jakiekolwiek pozytywne uczucia do głównego bohatera, jednak tutaj jest inaczej. Często zgadzam się z wyborami Tommy'ego, chociaż oczywiście nie zawsze, bo bywały momenty, że chciałam go spoliczkować, żeby się ockną.
Chyba nigdy na żadnym bohaterze nie zawiodłam się tak bardzo jak na Teresie. Mogłabym tu rzucić kilka niezbyt ładnych określeń, które przyszły mi do głowy kiedy czytałam wiadome fragmenty...
Dashner wspaniale kreuje postacie. Wiadomo kto kim jest, wszystko jest postawione jasno. Mimo to bohaterom nie brakuje nutki tajemniczości. Nikt nie jest nijaki, każdy ma pewną zarysowaną osobowość. Podoba mi się też to, że autor nie pomija żadnych wątków. O niczym nie zapomina. Umie jednak czasem tak wyminąć niektóre aspekty, żeby nagle wrócić je ze zdwojoną mocą.
O wiele bardziej lubię Brendę niż Teresę. Już nawet nie chodzi o to, co ta druga zrobiła- ona od początku nie zdobyła mojego zaufania, od zawsze wiedziałam, że coś jest nie tak. Za to Brenda... Jest cudowna. Nie idealna oczywiście, bo każdy ma wady, ale jest jedną z lepszych postaci książkowych.
Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło, nie mogę się doczekać, aż mój portfel trochę "spuchnie" i będę mogła w końcu przerwać cierpienia oczekiwania na kolejną część. Mam nadzieję, że kupię"Lek na śmierć" jak najszybciej i obejdę się bez zbędnych spojlerów ze strony złych ludzi z internetu.
Muszę przyznać, że "Próby ognia" męczyłam od końca sierpnia. Nie dlatego, że był nudne, ale po prostu szkoła nie pozwalała mi na spokojne czytanie. Ostatnio trochę chorowałam i miałam w końcu okazję skończyć tę książkę. Nie mogłam się od niej oderwać, a po skończeniu miałam strasznego kaca. Potrzebowałam dwóch dni, żeby się z niego otrząsnąć.
Podsumowując- druga część trylogii "Więzień labiryntu" wytargała moje emocje już chyba maksymalnie. Niesamowite zwroty akcji, ładny, ale nie prosty język i wspaniała fabuła. Chyba nie muszę dodawać, że polecam :)
Jeżeli chodzi o film- nie będę dodawała jego oddzielnej recenzji, ponieważ nie chce mi się po prostu go wspominać. Jedna z najgorszych ekranizacji, jakie miałam nieprzyjemność oglądać. Świetni aktorzy, klimat i w ogóle, ale adaptacja... Przerażająca. W "Próbach ognia" nie było wątku prób ognia. Ciekawe, nie sądzicie?
Zawiodłam się i to bardzo, chociaż po kinowej wersji "Więźnia labiryntu" nie spodziewałam się fajerwerków... Mimo to wyszło gorzej niż myślałam.


I to by było tyle, jeżeli chodzi o recenzję "Prób ognia" :)
Zostawiajcie po sobie ślady w postaci komentarzy i obserwacji. Przypominam, że po trzydziestu obserwatorach możecie spodziewać się konkursu z nagrodą rzeczową, więc warto!
Do następnego tygodnia, paaa! ♥


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=pkCyfBibIbI
Cytat dnia: "A kiedy ona cię kochać przes­ta­nie, zo­baczysz noc w środ­ku dnia, czar­ne niebo za­miast gwiazd, zo­baczysz wszys­tko to sa­mo, co ja."- Edward Stachura

niedziela, 25 października 2015

"Następczyni"- Kierra Cass

Witam! ♥
Przez ten tydzień chorowałam, siedziałam w domu, więc miałam czas na czytanie. Dlatego w najbliższym czasie możecie spodziewać się kilku recenzji, które (jak myślę) lubicie :)
A dziś mam dla Was troszkę krótszą (żeby nie zanudzić) ocenę czwartej części serii "Rywalki", a mianowicie "Następczyni".
Miłej lektury, zapraszam do komentowania :)
Co mówi opis?
Dwadzieścia lat temu America Singer wzięła udział w Eliminacjach i zdobyła serce księcia Maxona. Teraz nadszedł czas, by swoje Eliminacje zorganizowała księżniczka Eadlyn. Eadlyn nie oczekuje, że jej Eliminacje będą choć odrobinę przypominać bajkową historię romansu jej rodziców. Jednak gdy rozpoczyna się rywalizacja, dziewczyna odkrywa, iż znalezienie szczęśliwego zakończenia nie jest tak niemożliwe, jak zawsze się spodziewała.
 Co mówię ja?
Muszę przyznać, że nie wiem, od czego zacząć. Książka nie była taka zła, jak ją wszyscy oceniali, ale nie była też jakaś super ekstra.
Eadlyn jest jedną z najbardziej denerwujących głównych bohaterek w dziejach, to wiadomo. Nie rozumiem prawie każdej jej decyzji, chociaż w kilku sprawach ją popieram.
W tej części nie ma magii, którą można było wyczuć w trzech poprzednich. Jest taka... Sucha, że tak to ujmę. Niektóre momenty są tak sztywne i sztuczne, że aż nie chce się ich czytać.
O wiele bardziej polubiłam Americę, jako matka i królowa jest idealna. Eadlyn zupełnie nie pasuje na jej córkę. Końcówka bardzo mnie zaskoczyła, chociaż tak naprawdę nie rozumiem, po co przyszła królowa robiła tyle hałasu o księżniczkę Francji. Rozumiem z jednej strony, że była zazdrosna o brata, ale no bez przesady. Myślę, że to wynik rozpieszczenia. Chciała mieć wszystko i każdego na własność.
Niektórzy chłopcy na eliminacjach są wręcz żałośni, ale są też tacy, którzy wyjątkowo mi się spodobali. Chociaż mam wrażenie, że te eliminacje to takie trochę ciepłe kluchy, wloką się bez celu.
Czytając "Następczynię" miałam okropne wrażenie, że autorka pisała tę część na siłę. Gdybym miała ocenić powieść w skali od 1 do 10 dałabym jej... 3. Niestety.
Ta recenzja będzie krótka, ponieważ nic więcej o tej książce nie umiem powiedzieć. Często mogę zachwycać się historią godzinami, ale w tym przypadku... Nie ma takiej opcji.
Podsumowując- jeżeli czytaliście trzy pierwsze części i nie macie żadnej nowej książki na półce możecie sięgnąć po "Następczynię", ale jeżeli macie inne lektury, to nie polecam śpieszyć się akurat z tą.
Mam nadzieję, że mimo nikłej długości recenzja spodobała Wam się i zostawicie po sobie ślad w postaci komentarza :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień!


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=Yc7-krRX8uA
Cytat dnia: "Dla wrednych- wredna, dla miłych- miła, dla tych, których kocham- nawet bym zabiła." 

sobota, 10 października 2015

"Znajdę cię, Crystal"- Joss Stirling

Cześć!
Październik rozpoczął się pracowicie. Za mną już jubileusz szkoły, otrzęsiny i kolejny przetrwany tydzień! :) 
Od razu informuję\ostrzegam, że na blogu niedługo zrobi się trochę bardziej... fioletowo :) 
Mam dziś dla Was recenzję jednej z najlepszych książek, jakie czytałam, a mianowicie "Znajdę cię, Crystal" Joss Stirling :) 
Miłej lektury!
Co mówi opis?
Najlepsze miejsce na Ziemi aby się zakochać? Wenecja! Crystal Brook zostaje wystawiona na ciężką próbę – z całych sił próbuje się oprzeć urokowi sawanta, Xava Benedicta. Wśród romantycznych zabytków i malowniczych widokówb czai się jednak niebezpieczeństwo. Ktoś zagraża rodzinie Benedict i najbliższym Crystal. Czy Crystal i Xav będą umieli współpracować, aby ich chronić? I co zrobić z ujawnioną nieoczekiwanie tajemnicą?

Co mówię ja?
Nie wiem od czego zacząć. Cały czas nie mogę otrząsnąć się z kaca książkowego, jakiego złapałam po skończeniu tej powieści. Sięgnęłam po nią bezpośrednio po przeczytaniu "Jak cię wykraść, Phoenix?". Po skończeniu każdej części z sagi o braciach Benedictach nie mogę rozstać się z główną bohaterką, która w kolejnej książce schodzi na drugi plan. Za każdym razem przywiązuję się do tytułowych postaci, znajduję w nich jakąś tam cząstkę siebie. Na początku nie byłam przekonana do Crystal. No, do Phoenix i Sky w ich opowieściach też na początku nie pałałam miłością. Strasznie wkurzało mi podejście Crystal do życia, chociaż w pewnym stopniu ją rozumiem. Rodzina cały czas jej wciskała, jaka to jest beznadziejna i właśnie dlatego tak patrzy na świat. Chciałam ją po prostu walnąć kiedy olewała cudownego Xava. Z Benedictami mam tak samo, w każdej książce podoba mi się inny, a kiedy już ją skończę i będę chciała wybrać jednego, najlepszego, no to po prostu... Nie umiem.
Do postaci w "Znajdę cię, Crystal" mogłam dokładnie dopasować z wyglądu osoby, które znam co jeszcze bardziej umilało mi czytanie. Pani Stirling zawsze dokładnie opisuje bohaterów co pomaga w wyobrażaniu ich sobie.
Momentami miałam wrażenie, że akcja dzieje się zbyt szybko, jakby ktoś puścił film w przyśpieszonym tempie. Ale na szczęście nie ma takich długaśnych monologów, które chciałam ominąć. Każdy moment był ciekawy i piękny na swój sposób.
Bardzo fajny jest wątek znanego aktora, widać wtedy, że gwiazdy filmowe nie zawsze na żywo są takie same jak w wywiadach.
Nie podlega wątpliwości iż Joss Stirling pisze najpiękniejsze zakończenie na świecie. Nie zdradza zbyt wiele, zostawia czytelnikowi pole do popisu, możemy sobie
wyobrazić dalsze losy bohaterów.
Oczywiście nie zabrakło nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nawet BARDZO nieoczekiwanych. Myślę że nikt, kto wcześniej nie usłyszał spojlerów nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Nie mogłam się od książki oderwać, pilnowałam siostrzenicy, a kiedy tylko na chwilę raczyła przysnąć od razu sięgałam po powieść.
Polecam "Znajdę cię, Crystal." oraz inne książki z sagi o braciach Benedictach wszystkim. Od fanów science fiction po miłośników romansów. Idealnie wymierzone, nie ma niczego za dużo, ani za mało. Powieść jest po prostu IDEALNA.
Nie omieszkam także się pochwalić, że pani Stirling jest czytelniczką mojego bloga, ostatnio pisałyśmy troszkę, podesłałam jej link i obiecała, że przeczyta kilka wpisów i jeżeli coś, da mi rady :)
I to już koniec recenzji, mam nadzieję, że zachęciłam was do sięgnięcia po sagę pióra Joss Stirling.
Mam nadzieję, że macie miłe wakacje. Załączam zdjęcie mojej małej siostrzenicy, której także postanowiłam przedstawić historię Crystal. Mina może na to nie wskazuje, ale bardzo jej się podobało! ;D
Życzę wam miłego dnia! ♥

Cytat dnia: "To było za razem dobre i złe. Miłość buduje i niszczy."

sobota, 26 września 2015

"Więzień labiryntu"- James Dashner

Witam :)
Mija wrzesień, za mną już premiera opery "Carmen", kilka kartkówek i sporo ocen... Jeszcze dziewięć miesięcy do końca roku szkolnego, aż nie chce mi się o tym myśleć >.<
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku, bo u mnie też wszystko zaczyna się powoli układać.
Ostatnio nikt się nie zgłosił, więc próbuję jeszcze raz- potrzebuję nadwornego grafika :) Co powinna umieć taka osoba? Musi umieć zrobić prosty nagłówek, bo nie mam jakichś wygórowanych wymagań, umieć ustawić owy nagłówek i tło, oraz (nie koniecznie, ale dobrze by było, gdyby to umiał) zmieniać utwory w playliście bloga. Jeżeli jesteś w stanie zrobić to wszystko, zgłoś się tu w komentarzu, lub na moim facebooku, asku, mailu, instagramie... Wszędzie, gdzie można mnie znaleźć :)
Tymczasem zapraszam do zapoznania się z moimi przemyśleniami na temat książki chwalonej przez miliony czytelników. Życzę miłego czytania recenzji "Więźnia labiryntu", Jamesa Dashnera.

Co mówi opis?

Kiedy Thomas budzi się w ciemnej windzie, jedyną rzeczą którą pamięta jest jego imię. Nie wie kim jest ani dokąd zmierza. Jednak to nie wszystko - kiedy winda się zatrzymuje i drzwi się otwierają jego oczom ukazuje się grupka dzieciaków, która wita go w Strefie - otwartej przestrzeni otoczonej murami znajdującej się w samym centrum przerażającego i tajemniczego Labiryntu.
Podobnie jak Thomas, żaden z obecnych tu chłopców nie wie dlaczego tu jest oraz jak się tu dostał. Wszyscy wiedzą natomiast, że każdego ranka, gdy kamienne mury otaczającego ich Labiryntu rozsuną się, zaryzykują swoje życie by się tego dowiedzieć, nawet za cenę spotkania ze Strażnikami - pół-maszynami, pół-bestiami, przemierzającymi jego mroczne korytarze.

...

James Dashner utkał pasjonującą powieść osadzoną w dystopijnym świecie. Więzień Labiryntu jest pierwszą częścią trylogii, która chwyci czytelnika za gardło i nie puści aż do ostatniej strony, ponieważ każde wejście do Labiryntu może stać się przepustką do koszmaru…

Jedno jest pewne - uciekaj albo giń...

Co mówię ja?
Powieść godna wszystkich dobrych opinii, które o niej słyszałam. I mówię to z ręką na sercu. Niesamowita, wciągająca, nie nudna, nie przymulająca... Perfecto.
Początek wydawał mi się aż za bardzo poetycki i rozbudowany, było dużo opisów, bałam się, że tak będzie przez cały czas. Nic z tych rzeczy. Było dużo świetnych dialogów, ale nie zbyt wiele, wszystko było idealnie wyważone.
Na początku strasznie wkurzał mnie ten slang streferów. Sztamak, klump, świeżuch... Ale później czułam, jak przyzwyczajam się do ich języka, wraz z Thomasem i zrozumiałam, że to właśnie TO jest jednym z plusów całej historii. Czytając, czuję się jak główny bohater, jakbym była nowa w Strefie razem z nim. To świetne i magiczne za razem.
Zakończenie wzbudziło we mnie niepokój, nawet przeszły mnie dreszcze, czułam pewnego rodzaju rozczarowanie... *nie spojleruj* Było takie tajemnicze, mogłabym powiedzieć, że aż niepokojące. Nawet nie wiem, jak to określić, po prostu... Boję się sięgnąć po drugą część, bo nie wiem, jak straszne wydarzenia się w niej znajdą.  Byłam też taka trochę rozczarowana, bo tyle się namęczyli, żeby wyjść z tego labiryntu, tyle przeszli, a tu... Dobra, dalej nie piszę, bo będziecie na mnie krzyczeć x.x
Moją ulubioną postacią jest Chuck (YHYM,  jest...). Thomas jakoś szczególnie mnie nie wkurzał, mam co do niego neutralne odczucia. Lubię też Newta, Patelniaka i Teresę c:
Uważam, że eksperyment, który został przeprowadzony na chłopcach jest okrutny, tak samo jak Głodowe Igrzyska w "Igrzyskach Śmierci". Słyszałam wiele głosów, że obie trylogie są do siebie podobne, ale nie miałam takich odczuć podczas czytania i nadal mam wrażenie, że "Więzień Labiryntu" jest unikatowy.

Na dzisiaj to tyle- mam nadzieję, że przybliżyłam wam trochę czego możecie się spodziewać po powieści i jeżeli jeszcze jej nie czytaliście to od razu wybierzecie się o biblioteki lub księgarni :)
Miłego dnia\wieczoru, bądź miłej nocy, bo nie wiem, kiedy to czytacie.
Do następnego wpisu! ;*


Cytat dnia: "Music is about bringing light to others."- Avi Kaplan

sobota, 12 września 2015

"Harry Potter i Zakon Feniksa"- J.K Rolwing

Witam! c;
Jak Wam minął drugi tydzień roku szkolnego? Mi trochę słabo, ale może być już tylko lepiej :)
Mam także prośbę- jeżeli ktoś zna się na wyglądach blogów, umie ustawiać tło i robić nagłówki i chciałby się tym zajmować na moim blogu to bardzo proszę, żeby zgłosił się tu w komentarzu, na facebooku, na asku, lub gdziekolwiek indziej, gdzie można mnie znaleźć. Nie jestem wymagająca, wyglądu też za często nie zmieniam, tylko ostatnio miałam humory, to zmieniałam co miesiąc. Liczę na Was! ♥
A dziś przychodzę do Was z długaśną recenzją piątej części sławnej na całym świecie historii o Harrym Potterze!
Zapraszam do przeczytania, nie zrażajcie się długością.
________________________________
Muszę przyznać, że ta część wywierała na mnie skrajne emocje. Raz chciało mi się płakać, raz śmiać, raz byłam wściekła, a nagle ogarniało mnie bezgraniczne szczęście. Ale to jest właśnie charakterystyczne w powieściach Rowling- wywierają na nas ogromne emocje.
"Zakon Feniksa" zaczęłam czytać w lutym tego roku, ale przerwałam po drugim rozdziale. Dlaczego? Bo oczywiście jestem na tyle inteligentna, że jak mi się nudziło obejrzałam ekranizację, a po skończeniu miałam takie "O kurde, przecież ja nie przeczytałam książki!". I miałam już mniej więcej zarysowane wydarzenia, więc wtedy książka trochę przynudzała. Ale zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę, wróciłam do HP znów w lipcu i tym razem poszło gładko.
Zabrałam tę powieść ze sobą do babci, gdzie nie mam nic innego do roboty oprócz czytania. I muszę przyznać się bez bicia, że przez pierwszę 4 rozdziały ledwo przebrnęłam. Ale to nie dlatego, że był nudne, tylko to przez moją głupotę i przez ekranizację wiedziałam, co się wydarzy. Jednak dalszych wydarzeń już nie pamiętałam i bardzo się z tego cieszyłam.
W tej części poznajemy najbardziej jędzowata jędzę na świecie. Nie, nie mówię o Bellatrix, ją akurat nawet lubię, bo jak wiecie lubuję się w czarnych charakterach. Ową najbardziej beznadziejną postacią na świecie jest Dolores Jane Umbridge, którą na pewno znacie i stawiam dychę, że nie pałacie do niej szczególną miłością. Jest taką zakałą w całej historii, dodatkowym problemem. No, na początku jest jednym z głównym problemów. Ale już pod koniec kiedy znika, a Harry idzie do Departamentu Tajemnic i wszystko odwraca się do góry do nogami, zaczęło mi się wydawać, że była jedynie malutką plamką w zbiorze wszystkich niebezpieczeństw i przeszkód.
Pewnie większość z Was niemiłosiernie denerwował w tej części Dumbledore. Naprawdę podziwiam panią Rowling za taką umiejętność manipulowania umysłem czytelnika, że zaczynamy myśleć, że Albus naprawdę zostawił Harry'ego na pastwę losu, ale z drugiej strony wiem, że jest jednym z najlepszych bohaterów i nigdy by tego nie zrobił... Niesamowite.
Cudowny jest także moment, gdy Potter zagłębia się w przeszłość Snape'a. Wtedy dowiadujemy się, dlaczego nauczyciel eliksirów traktuje chłopaka tak... jak go traktuje. Świetnie przedstawiony moment, wściekłość Severusa i zdziwienie Pottera, że jego ojciec był takim dupkiem.
Na początku nie lubiłam Syriusza, nawet nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bardzo dużo osób go uwielbia, fanki za nim szaleją i czułam że to jest po prostu... Przesadzone. Ale oczywiście kiedy zaczynałam się do niego przekonywać musiał umrzeć, bo jakżeby inaczej.
Uwielbiam Lunę. Jest to definitywnie jedna z moich ulubionych postaci, ponieważ ma przeszłość. Ciężką przeszłość. Ale mimo tego się nie załamuje. Bardzo wzruszyła mnie scena, gdy na koniec wywiesza ogłoszenia o zaginięciu rzeczy i nie jest wściekła, ani nic. Jest przyzwyczajona do chamstwa ze strony innych. To przykre, ale niestety jest bardzo dużo takich osób w realnym świecie, które są w szkołach wyśmiewane. Luna jest przykładem człowieka który wierzy w siebie i nie przejmuje się tym, co inni o niej myślą.
Związek Harry'ego i Cho od początku był dla mnie pomyłką, dziewczyna jest przewrażliwiona. Wiem, że dużo przeszła, ale uważam, że powinna w końcu wziąć się w garść. Jeszcze ta jej przyjaciółka... Okropnie mnie denerwowały.
Jestem pod wielkim podziwem wyczynów Freda i George'a, ich odejście było mega spektakularne.
Wstrząsną mną moment, gdy pani Weasley wypędzała bogina z szafki. Często mnie denerwowała swoją nadgorliwością, ale wtedy było mi jej żal. Bardzo troszczyła się o wszystkich, a niektórzy nadal narażali się na niebezpieczeństwo, często bez sensu.


Kurcze, troszkę rozpisałam. Nie miałam weny i bałam się, że ta recenzja będzie za krótka, a wyszło... Jak zawsze. :')
Życzę Wam miłego tygodnia. Do następnego wpisu!


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=uO59tfQ2TbA
Cytat dnia: "To, że się do ciebie uśmiecham wcale nie oznacza, że cię lubię. Może po prostu wyobrażam sobie, że stoisz w płomieniach."

sobota, 15 sierpnia 2015

"Jak cię wykraść, Phoenix?"- Joss Stirling

Cześć misie! ♥
Od razu Was poinformuję, że nie wiem, czy za tydzień na blogu pojawi się wpis, ponieważ będę akurat na obozie i nie jestem pewna, czy znajdę internet.
Za dwa tygodnie też możliwe, że nie wstawię ulubieńców, bo będę prawdopodobnie na casting do musicalu "Piotruś Pan", ale oczywiście wszystko może się zmienić.
Jak na pewno zauważyliście, zmieniłam wygląd bloga. Mam nadzieję, że Wam się podoba, jeżeli macie jakieś uwagi piszcie śmiało. Jeżeli uważacie, że jest zbyt różowo, to też piszcie, bo tego się obawiam.
Teraz zapraszam do przeczytania recenzji książki "Jak cię wykraść, Phoenix?" pióra jednej z moich ulubionych autorek, Joss Stirling.

Co mówi opis?
Jak cię wykraść, Phoenix? to elektryzująca i wybuchowa powieść o braciach Benedictach. Phoenix należy do gangu złodziei o paranormalnych zdolnościach. Zadaniem Phoenix jest okraść Yvesa Benedicta, zdolnego studenta ze Stanów, który przyjechał na konferencję młodych naukowców do Londynu. Niespodziewanie okazuje się, że Yvesa i Phoenix łączy coś znacznie więcej. Przeszłość Phoenix należy do gangu...

Czy Phoenix ocali ukochanego chłopca... oraz siebie samą?


Co mówię ja?
Druga część sagi o Braciach Benedictach spodobała mi się jeszcze bardziej niż pierwsza. Nie mówię, że była gorsza, ale... Kurcze no, mam wrażenie, że po przeczytaniu każdej kolejnej części będę miała wrażenie, że była lepsza od poprzedniej, ale to chyba normalne przy takich emocjonujących powieściach.
Na początku Phoenix strasznie mnie wkurzała, ale pani Stirling ma skłonność do stwarzania bohaterek, które na początku robą wszystko odwrotnie niż powinny dla dobra wszystkich, ale pod koniec nie ma im się tego za złe, bo wszystko kończy się.. Tak jak powinno.
Tak nietypowo zacznę od końca. Wzruszyłam się, to było piękne. Chociaż Phoenix nie była członkiem rodziny Benedictów wtedy jakby się nim stała. Ten moment z najstarszymi braćmi, był taki uroczy i piękny, no po prostu nie do opisania! Śmiałam się przez łzy, bo Benedictowie mają w sobie ogromną ilość uroku osobistego. W takich momentach wybacza się im wszystko, co wcześniej zrobili źle.
Bardzo podoba mi się wątek przyjaźni Sky i Phee, strasznie lubię takie typowo babskie momenty, gdy idą razem na zakupy, czy coś w tym stylu. To dodaje książkom naturalności. Bohaterowie nie zajmują się tylko problemami, ale też umieją czerpać przyjemność z życia.
Chyba każdy kto czytać tę powieść mniej więcej w środku książki znienawidził Yvesa, z wiadomego powodu, którego tu nie napiszę, żeby nie spojlerować. No po prostu chciałam wyciągnąć go z książki i przyłożyć mu w twarz. Ale ciągle czułam, że nie jest zdolny do takiego okropieństwa, że jest zbyt mądry na takie wybryki.  
Ogólnie Yves jest przeciwieństwem Zeda i cieszę się, że to właśnie on znalazł przeznaczoną w tej części. Widać, że bracia wcale nie muszą mieć ze sobą wiele wspólnego, żeby się kochać i nie oddalać się od siebie. Każdy z Benedictów ma swoją odrębną osobowość, którą doskonale widać w poszczególnych scenach.
Stirling pisze boskie książki, nie wiem, jak inaczej to można określić. Nie da się przy nich nudzić, już sam początek jest interesujący, każde wydarzenie dąży do niezwykłego zwrotu akcji. Niesamowite. Nie ma tam niczego za dużo- sceny piękne przeplatają się z tymi burzliwymi, ale w odpowiednich proporcjach.
No, i autorka wspomniała o "Upiorze w operze", moim ulubionym musicalu, więc jestem jeszcze bardziej zachwycona :D
Mogłabym tu pisać jeszcze wiele zalet, ale nie chcę was zanudzić.
"Jak cię wykraść, Phoenix?"  to książka godna polecenia dla wszystkich i dla tych starszych i dla młodszych. Jeżeli jeszcze jej nie przeczytaliście to powinniście jak najszybciej to zmienić!

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca tej recenzji. Na dziś to tylko, życzę miłego dnia! ^^


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=VBmMU_iwe6U
Cytat dnia: "Na tym polega miłość. Miłość to dotrzymywanie obietnic wbrew wszystkiemu" -"Gwiazd naszych wina", John Green ♥

sobota, 1 sierpnia 2015

RECENZJA SPECJALNA! "Papierowe Miasta" ♥

Witam!
Dziś jest idealny termin na wstawienie ulubieńców lipca (chociaż więcej mam anty-ulubieńców...), jednak musimy to przełożyć na następny tydzień, ponieważ mam dziś dla Was recenzję ekranizacji książki jednego z moich ulubionych autorów- Johna Greena. Owa zaadoptowana powieść to "Papierowe Miasta".
Zapraszam do zapoznania się z recenzją, miłej lektury! :)

Co mówi opis filmu?
Ekranizacja bestsellerowej powieści Johna Greena, autora ”Gwiazd naszych wina”.
Quentin Jacobsen - dla przyjaciół Q - od zawsze jest zakochany we wspaniałej koleżance, zbuntowanej Margo Roth Spiegelman. W dzieciństwie przeżyli razem coś niesamowitego, teraz chodzą do tego samego liceum. Pewnego wieczoru w przewidywalne, nudne życie chłopaka wkracza Margo w stroju nindży i wciąga go w niezły bałagan. Po czym znika. Quentin wyrusza na poszukiwanie dziewczyny, która go fascynuje, idąc tropem skomplikowanych wskazówek, jakie zostawiła tylko dla niego. Żeby ją odnaleźć, musi pokonać setki kilometrów. Po drodze przekonuje się na własnej skórze, że ludzie są w rzeczywistości zupełnie inni niż sądzimy.

Co mówię ja?
Ten film był tak samo cudowny jak "Gwiazd naszych wina", a może nawet bardziej. Po wyjściu z sali byłam w szoku. Skończyło się  mniej więcej tak jak w książce, więc nie dziwi mnie to- po jej przeczytaniu potrzebowałam tygodnia, by wyleczyć się z kaca po tej powieści.
Nie umiem opisać genialności "Papierowych Miast" w kilku słowach w tej recenzji. Precyzja całej opowieści jest aż przerażająca. Każdy detal, każda wskazówka pozostawiona przez Margo jest dopracowana. Podziwiam Johna, naprawdę, na pewno bardzo się napracował nad cała historią. Słowa uznania należą się reżyserowi i autorowi scenariusza za to, że tak świetnie oddali ten tajemniczy klimat na wielkim ekranie.
Było kilka takich scen, że z przyjaciółką KŁADŁYŚMY się na tych fotelach ze śmiechu, to nie był zwykły chichot, na sali ludzie po prostu ryczeli ze śmiechu, to było cudowne. Nie było takich typowych scen do płaczu, jak w "Gwiazd naszych wina", aczkolwiek w pewnych momentach czuło się taki uścisk w brzuchu, jakby się uczestniczyło w tej ich kłótni, to było... dziwne uczucie. Ale to właśnie jest typowe w historiach Greena, targają nami emocje.
Wiedziałam, że w filmie zagra Ansel, ale nie wiedziałam, KOGO zagra. I w momencie, gdy kamera podniosła się na niego, na sali wybuchło poruszenie, ludzie zaczęli się śmiać i szeptać, ogólnie byli w szoku, bo on pojawił się tak nagle i w ogóle nikt się go nie spodziewał.
Dawno czytałam książkę i niewiele z niej pamiętałam, aczkolwiek miałam wrażenie, że film był dobrze odwzorowany. No, może tego, że Q w jednej ze zniszczonych ruder znalazł lakier do paznokci Margo, bo to też był jeden z jej znaków rozpoznawczych, ale to tylko takie szczególiki.
Byłam ciekawa, jak pokażą pierwszą scenę, ponieważ w książce była ona ździebko... przerażająca. W filmie była bardziej interesująca niż straszna i to mi się podobało.
Strasznie mnie wkurzają ludzie, którzy piszą "Denne zakończenie, tak samo jak w książce, ucięte w połowie" i bla bla blaa... Ludzi, o to chodzi! Dokładnie o to chodzi u Zielonego! On zostawia czytelnikom pole do popisu, nie podaje każdego szczegółu, bo to by było po prostu zbyt banalne. Mamy sami sobie dopowiedzieć, co się dzieje z Margo. Tak jak było w filmie, "Jedni mówią to, inni to...". Tak samo czytelnicy, każdy ma swoje zdanie, co się z nią stało, gdzie jest, czy jeszcze spotka Q i tak dalej. Opowieść w książce nie zaczyna się na pierwszej stronie i nie kończy na ostatniej, ta powieść to tylko urywek z życia bohaterów.
Tak samo logiczne jest, że ekranizacja nie będzie w stu procentach zgadzać się z książką- ekipa musi zmieścić się w trzech godzinach filmu, tych trzech godzin nie kręci się w 3 minuty, tylko rok, może trochę mniej lub więcej. Po za tym mało kto wytrzymałby 6 godzin na sali.
No ale cóż, ludzie zawsze będą się czepiać- chociaż sami lepiej by tego nie zrobili. Oczywiście, może mamy tu jakiś ogromny talent, który zmieści w trzech godzinach całą książkę, ale tego filmu już nie uratujecie, hejtując go też nic nie zdziałacie. Rozumiem też to, że komuś coś może się nie podobać, ale niech nie burzy się od razu, niech nie wypisuje nie wiadomo jakich uwag, tylko niech pomyśli, jak bardzo wszyscy się nad produkcją napracowali.


Co do obsady...
Cara Delevingne. Aktorka, modelka... Wszyscy wyczekiwali jej wstępu na wielki ekran w roli panny Spiegelman, by ocenić, czy jest tak samo dobra w obu zawodach. Według mnie, spisała się idealnie. Żadnego błędu. Teraz nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Cara przekonała mnie do siebie, polubiłam ją, nawet dzięki niej zrozumiałam trochę postępowanie Margo, które wcześniej było dla mnie nie zrozumiałe (i nadal trochę jest). Rozwanie zostały wszelkie moje wątpliwości co do Cary w tej roli. Naprawdę, podziwiam ją i zwracam honor za te wszystkie razy gdy mówiłam, że wątpię, iż zagra to odpowiedno.
Natt w roli Q... Uroczy, ciapowaty i zdesperowany. Właśnie taki, jaki powinien być. Nie dziwię się, że Green zatrudnia go do swoich ekranizacji, jest na prawdę dobrym, młodym aktorem. Co najważniejsze jest bardzo naturalny. Oddycha normalni, wzrusza ramionami, pokazuje odruchy normalnego człowieka, a nie wykreowanego lalusia, który gra tylko udawaną rozpacz. Kiedy się śmieje to naprawdę jest szczęśliwy, gdy się kłóci na jego twarzy widać desperację i smutek. Jego także bardzo polubiłam, chociaż podobał mi się już w roli Issacka w "Gwiazd naszych wina".
Jestem mile zaskoczona takimi aktorami jak Austin Abrams (Ben), Justice Smith (Radar), Halston Sagee (Lacey) i Jaz Sinclair (Angela). Zagrali naprawdę świetnie, każda emocja była pokazana, każdy z nich oddał charakter swojej postaci. Pokochałam najbardziej Austina i jego dziwaczność i uroczość, chociaż Ben powinien być gruby i taki w ogóle nie zgrabny, aktor świetnie poradził sobie z rolą. Mam nadzieję, że będą mieli jeszcze okazję pokazać się w jakiejś ekranizacji.

Cóż więcej mogę powiedzieć... Mam po filmie ogromnego kaca, pokochałam go, chętnie wybiorę się jeszcze raz. Aktorzy fenomenalni, wykonanie tak samo, zero odwalania chałtury, dokładność w każdym calu. Nie wspomniałam o muzyce, ale ta też bardzo przypadła mi do gustu.
Polecam serdecznie film wszystkim fanom Zielonego i nie tylko, chociaż lepiej najpierw przeczytać książkę. 
Jeżeli już zdążyliście obejrzeć "Papierowe Miasta" napiszcie swoją opinię w komentarzu, a jeżeli nie, to szybko rezerwujcie bilety na najbliższy seans, bo naprawdę warto :)

Cytat dnia: "PÓJDZIESZ DO PAPIEROWYCH MIAST I NIGDY JUŻ NIE POWRÓCISZ" ♥