sobota, 23 stycznia 2016

"Kochani, dlaczego się poddaliście?"- Ava Delaria

Cześć! 
Jeżeli jeszcze nie zaczęły się u Ciebie ferie lub właśnie trwają to życzę Ci miłego wypoczynku, a jeżeli już minęły to mam nadzieję, że były udane.
Za tydzień koniec stycznia (!), więc tradycyjnie zamieszczę na blogu ulubieńców miesiąca, a dziś przygotowałam recenzję książki, o której niedawno było głośno. To taki przerywnik od potterowej tematyki, bo w zanadrzu mam jeszcze opinię o ostatniej części ze słynnej serii J.K Rowling.
Zapraszam, miłej lektury :)
Podstawowe informacje!
Autor: Ava Delaira
Tytuł oryginalny: "Love Letter to the Dead" 
Liczba stron: 304 
Wydawnictwo: Amber 
 
Co mówi opis? 
Szesnastoletnia Laurel nie może się pogodzić z tragiczną stratą siostry. Szuka pomocy idoli, którzy też odeszli: Kurta Cobaina, Amy Winehouse, Jima Morrisona, Janis Joplin… Pisze do nich listy. Z tych listów układa się opowieść o niej samej, jej cierpieniu, samotności, poszukiwaniu siebie i przebaczeniu.
"Kochany Kurcie, chciałam napisać do osoby, z którą mogłabym pogadać. Chciałabym, żebyś mi powiedział, gdzie teraz jesteś i dlaczego odszedłeś. Byłeś ulubionym muzykiem mojej siostry May. Odkąd jej nie ma, trudno mi być sobą, bo tak naprawdę nie wiem, kim jestem…"
Laurel podziwiała siostrę, ale czuła się przez nią zepchnięta w cień. Teraz usiłuje pogodzić się z tym, co się stało i odnaleźć siebie. Choć nie jest łatwo opłakiwać kogoś, komu się nie wybaczyło…
Pisze o tym, co się zdarzyło, przeżywa to jeszcze raz. Zwierza się, pyta. Te listy i miłość, którą odkrywa, pozwalają pojednać się z życiem i z sobą samą. Rozumie, że nie mogła ocalić siostry, ale może ocalić siebie.
Gayle Forman, autorka Zostań, jeśli kochasz, poleca swoim czytelniczkom książkę, która „roztrzaskała jej serce i poskładała na nowo”.
Nominacja Goodreads do Najlepszej Książki Młodzieżowej 2014.
Debiut sprzedany do 18. krajów!
Prawa filmowe Fox 2000, producentem będzie twórca przeboju kinowego Gwiazd naszych wina.
 
Co mówię ja?
Opis długi i według mnie zbyt mocno zachwalający historię. Przez moment było o tej książce głośno, ale nagle wszystko ucichło. To typowe dla powieści, które nie wybijają się w jakiś szczególny sposób w środowisku książkoholików.
"Kochani, dlaczego się poddaliście?" jak najbardziej mogłoby zdobyć uznanie tłumów. Autorka wpadła na pomysł, którego wcześniej raczej nikt nie wykorzystał. Chodzi mi oczywiście o rozdziały w formie listów do zmarłych idoli. To bardzo ciekawe, ponieważ poznając przeżycia głównej bohaterki dowiadujemy się też wiele o ludziach godnych podziwu, których brakuje wśród żywych. Sam zarys fabuły także jest niczego sobie- Laurel próbuje podnieść się po śmierci siostry i wspomina chwile spędzone wspólnie z nią. W trakcie stopniowo dowiadujemy się o traumatycznych doświadczeniach, z którymi dziewczyna musi żyć po odejściu May. Mimo to, po skończeniu książki czułam pewien niedosyt. Ale nie taki, który odczuwam gdy powieść była świetna i nie zdradziła za dużo, jak np. w powieściach Johna Greena, a bardziej taki, że autorka zapomniała o niektórych wątkach lub po prostu je zaniedbała. Nie mogłam się doczekać końca nie dlatego że było nudno, tylko dlatego, że chciałam chociaż częściowo poznać rozwiązanie zagadek ukrytych w przeszłości Laurel, a tu klapa i rozczarowanie. Niby przyczyna śmierć May została wyjaśniona, a mimo to... Było to jakby za proste. Tyle opowiadania, tyle dochodzenia do prawdy, żeby dowiedzieć się czegoś takiego. Było to dla mnie po prostu za płytkie, bez fajerwerków. Rozumiem, że A. Delaira chciała zasiać w każdym czytelniku nutkę niedosytu, tak jak to robi np. Green, ale niestety, nie za bardzo jej się to udało.
Było za dużo pogmatwania i poplątania, nic nie trzymało się "kupy", jakby autorka miała natłok pomysłów i chciała je wszystkie naraz wykorzystać. To nie był dobry pomysł.
Nie będę pisać więcej, bo nie lubię za bardzo krytykować powieści tu na blogu, a tej nie mam już za co chwalić.

Mam nadzieję, że post Ci się spodobał i będziesz wpadać częściej :) 
Do napisania za tydzień, papa! 

Piosenka na dziś-> "Marvin Gaye - Charlie Puth - KHS & Tyler & Ryan COVER"
Cytat dnia: "Żyjmy tak, żeby po naszej śmierci nawet grabarz płakał."- Mark Twain 

niedziela, 10 stycznia 2016

"Harry Potter i Książę Półkrwi"- J.K Rowling

Cześć! 
Jeżeli śledzisz mnie na facebooku, snapie, a najbardziej na asku pewnie zauważył*ś moją tzw. "fazę" na Snape'a, Lupina i ogólnie całego Harry'ego Pottera. NIGDY nie miałam takiego kaca książkowego, po żadnej powieści. Dziękuję Bogu za tak cudowną pisarkę jak Rowling. To będzie pierwsza seria, którą przeczytam od początku kolejny raz. 
Czy jeżeli oglądam scenę wspomnień Snape'a z  "Insygniów Śmierci" po raz piętnasty w ciągu niecałego tygodnia, to coś jest ze mną nie tak? Mam nadzieję, że to normalne. 
OSTRZEGAM! W recenzji znajdą się spojlery, czytasz na własną odpowiedzialność.
Zapraszam!
Podstawowe informacje!
Oryginalny tytuł: "Harry Potter and Half Blood Prince"
Autor: J.K Rowling
Ilość stron: 700 (łącznie ze słowniczkiem)
Wydawnictwo: Media Rodzina

Co mówi opis? 
Po nieudanej próbie przechwycenia przepowiedni Lord Voldemort jest gotów uczynić wszystko, by zawładnąć światem czarodziejów. Organizuje tajemny zamach na swego przeciwnika, a narzędziem w jego ręku staje się jeden z uczniów. Czy jego plan się powiedzie? Tom szósty przygód Harry’ego Pottera przynosi cenne informacje o matce Voldemorta, jego dzieciństwie oraz początkach kariery młodego Toma Riddle’a, które rzucą nowe światło na sylwetkę głównego antagonisty Pottera.
Na czym polega sekret nadprzyrodzonej mocy Czarnego Pana? Kto będzie nowym nauczycielem obrony przed czarną magią? Jaki jest cel tajemniczych i niebezpiecznych wypraw Dumbledore’a? Kto będzie wybranką serca Harry’ego? I wreszcie, kto jest tytułowym Księciem Półkrwi i jaką misję ma on do spełnienia?  

Co mówię ja? 
Jestem zdruzgotana. Dokończyłam tę powieść wczoraj w nocy. Czytała ją bardzo długo, od wakacji, ale to głównie przez brak czasu i zmęczenie. Na końcówce autentycznie się wzruszyłam. Doskonale wiedziałam co się stanie, bo kolejny raz źli ludzie z internetu zaspojlerowali mi całą książkę, ale i tak byłam zdezorientowana. Bez Dumbledore'a jest teraz tak... inaczej. Nie był moim ulubionym bohaterem, ale kiedy był nawet czytelnik czuł pewnego rodzaju spokój, a teraz... naprawdę zaczyna się odczuwać zagrożenie. Położyłam się spać i od razu rano sięgnęłam po "Insygnie Śmierci", bo tę część wyjątkowo mam w domu, bo jak wiecie albo i nie rok temu kupiłam właśnie ostatnio powieść z serii święcie przekonana, że to pierwsza. 
Już nie mogę się doczekać, kiedy skończę tę książkę. Nie dlatego, że jest nudna i nie mam ochoty na czytanie jej, nie nie, w żadnym wypadku. Po prostu chcę dokładnie poznać przebieg wszystkich wydarzeń, a nie polegać na "zeznaniach" innych Potterheads.
Nigdy nie przepadałam za Syriuszem. Dumbledore'a lubiłam, ale momentami mnie denerwował. Ale teraz, kiedy obaj nie żyją, czuję pewien niepokój z tym związany. Harry stracił dwóch, tak bardzo zaufane osoby, które były dla niego wsparciem. Fakt, ma przyjaciół, ale nie ma już takiej stabilnej podpory. Ugh, jak ja nie lubię takich dobijających momentów. 
Nie napiszę tu za dużo o początku książki, bo nie pamiętam za wiele ze swoich przemyśleń dotyczących pierwszych rozdziałów. Myślałam, że wyciągnięcie wspomnienia ze Slughorna będzie głównym wątkiem i kiedy już się uda to wszyscy będą chwilowo żyć długo i szczęśliwie. I rzeczywiście tak było, przez dwie strony. J.K Rowling ma to w zwyczaju- chce uśpić czujność czytelnika i nagle dowala jakimś takim wydarzeniem, że ciężko pozbierać myśli.
Tak się cieszę, że Harry w końcu jest z Ginny. Pasują do siebie jak mało kto. Uważam, że Rowling świetnie postąpiła łącząc głównego bohatera z córką Weasleyów, a nie z Hermioną. To by było takie typowe, przewidywalne. A tu proszę, niespodzianka.
W tym momencie zrobiłam sobie przerwę w pisaniu tej recenzji, obejrzałam dwie części Insygni, doczytałam książkę do momentu śmierci Zgredka. 
Chciałam tu wcześniej napisać, że znielubiłam Snape'a po tym co zrobił i nie ważne, co stanie się w ostatniej części, nadal będę zniesmaczona. Odwołuję to. Uznajmy, że nigdy nie chciałam tego powiedzieć. Uwielbiam Severusa tak samo jak na początku, oczywiście Alana Rickmana również.

I na tym zakończę. Nie chcę tu pisać za dużo, bo po skończeniu "Insygniów Śmierci" na pewno rozpiszę się niemiłosiernie. 
Dziękuję Ci, że przeczytałeś ten wpis- przepraszam za spojlery, ale na początku ostrzegałam! 
Do napisania za tydzień, a wszystkim!
Cytat dnia: "Cause I ran put my money some times ago, but if you look at my wife you'd never know, I'm afriad my babies got champagne taste on a beer budget."- "Champagne Taste", Home Free
Piosenka na dziś->  https://www.youtube.com/watch?v=3vhjNgIrEOs

sobota, 5 grudnia 2015

"Marsjanin"- Andy Weir

Witam!
Tak, wiem, że miałam dziś dodać ulubieńców listopada, ale po prostu nie dam rady ich napisać. W listopadzie nic za bardzo mnie nie zachwyciło, a nie chcę tworzyć na siłę.
Dlatego dziś mam dla was recenzję "Marsjanina", który ostatnio został nawet zekranizowany.
Miłego czytania!
_____________________________________




Myślę, że sama nie zainteresowałabym się tą powieścią, ponieważ po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że nie jest to tematyka, która mnie w książkach "kręci". Piotrek (zapraszam na jego kanał) napisał do mnie na facebooku bardzo rozemocjonowany (stwierdzam to po caps locku i wielu wykrzyknikach), że dostał na urodziny świetną powieść, przeczytał ją w jeden dzień i że muszę ją zrecenzować. Zgodziłam się, mimo tego, że nie jestem jakąś wielką fanką sci-fi. I tak oto złapałam w swoje lepkie łapki kolejną książkę, którą oczywiście był "Marsjanin".
Czytając kilka pierwszych stron nie mogłam zrozumieć fascynacji Piotrka. Historia sama w sobie była ciekawa- człowiek został zupełnie sam na Marsie, z ograniczonymi racjami żywnościowymi i zasobami wody. Ale od samego początku autor zrzuca na czytelnika tonę obliczeń, które często tylko przeglądałam, ponieważ i tak nic bym z nich nie zrozumiała. To bardzo przytłaczające- same wydarzenia zakrywają działania matematyczne. Przez te pierwsze strony bardzo się do "Marsjanina" zniechęciłam, ale przyjaciel zapewnił mnie, że w późniejszych rozdziałach akcja się rozkręci. Cóż innego mogłam zrobić? Uwierzyłam mu na słowo. I przyznam, że się opłacało.
Bardzo przywiązałam się do Marka, głównego bohatera powieści. Ponieważ nagrywa on sprawozdania do dziennika zwraca się do czytelnika jakby z nim rozmawiał. Momentami źle czułam się z tym, że nie wiem, jak mu pomóc, a dopiero chwilę potem uświadamiałam sobie, że po sam czubek głowy zatopiłam się w książkowej rzeczywistości.
Ogromnym atutem powieści, jak i samego Marka jest jego doskonałe poczucie humoru. Często uśmiechałam się sama do siebie czytając jego wypowiedzi. Tak naprawdę jest to bardzo absurdalne- człowiek utknął zupełnie sam na ogromnej planecie, powinien pogrążyć się w rozpaczy, a mimo to ma siłę na żarty. Jakby nigdy nic słucha disco i ogląda seriale. Wspaniałe jest to, że się nie poddał. Cały czas nosił w sobie nadzieję, że NASA zorientuje się, że jednak żyje, ale nie siedzi bezczynnie i nie czeka. Działa. To właśnie jest wspaniale ukazane w powieści- ogromna wola walki.
Przez cały czas niepokoiłam się, że za chwile pojawią się kosmici, zrobią z Marka króla, czy coś. Oczywiście nie dlatego, ze boję się istot z Marsa, ale dlatego, że to by było zbyt oklepane. Bardzo się zdziwiłam po skończeniu. Żadnych nadnaturalnych stworzeń nie było, a książka wywołała we mnie tyle przeróżnych emocji.
Na pewno nie jest to typowa powieść science-fiction. Nie ma zaciętej wojny, rozlewu krwi i nadnaturalnych stworzeń- mimo tego są przeżycia, akcja, wzruszenia i radość. Każdemu, kto lubi czasem pośmiać się przy czytaniu polecam "Marsjanina".


Mam nadzieję, że dotarł*ś do końca i zostawisz po sobie komentarz. Zapraszam także na moje profile na mediach społecznościowych! (ask.fm, facebook, strona bloga na fb, instagram)
Do następnego tygodnia!


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=TJAfLE39ZZ8
Cytat dnia: ,,Chodzi jak kaczka,kwacze jak kaczka,pływa jak kaczka,więc to pewnie kaczka'' -J.Flanagan, "Zwiadowcy"

niedziela, 29 listopada 2015

RECENZJA SPECJALNA! "Kosogłos cz. 2" ♥

Witam! ♥
Dzisiaj tak jak obiecałam zamieszczam na blogu recenzję filmu "Kosogłos cz.2".
Od razu ostrzegam, że jest dosyć długa, więc zrób sobie herbatkę, usiądź w fotelu z ciepłym kocykiem i od razu będzie Ci się lepiej czytało :)
Już niedługo będziecie mogli mnie łatwiej obserwować, ponieważ mój nadworny grafik wstawi specjalny przycisk zezwalający na łatwe śledzenie moich wpisów.
Zostaw pod tym postem komentarz, są dla mnie ogromną motywacją!
Zapraszam i życzę miłego czytania :)


Zazwyczaj zaczynam recenzję ekranizacji od czegoś typu "O mój Boże, to było genialne" czy "Zakochałam się w tej adaptacji!", ale nie tym razem. Nie chodzi o to, że mi się nie podobało, wręcz przeciwnie, był to jeden z lepszych filmów, ale nie czuję takich emocji, jakie czułam zawsze. Po wyjściu z sali uderzyła mnie o środka ogromna pustka i niemoc. Myślę, że to dlatego, że poprzednie części kończyły się zazwyczaj na koniec takim wielkim BUM!, a już szczególnie pierwsza część Kosogłosa. Tym razem zakończyło się spokojnym epilogiem, który tak jakby uspokoił wszystkie kotłujące się we mnie uczucia wywołane przez kluczową akcję filmu. I oczywiście tak jak każdy trybut odczuwam pewnego rodzaju smutek, bo to już koniec. Nie będzie niecierpliwego czekania, odliczania dni, zachwycania się kreacjami aktorów na premierach. Co oczywiście nie znaczy, że fandom przestaje funkcjonować, w żadnym wypadku. Niestety, niektórzy właśnie tak to odbierają.
Doskonale wiedziałam, kto umrze, bo czytałam książkę. Spodziewałam się większości sytuacji, chociaż nie wszystkich, bo niektóre zostały pozmieniane. Mimo to trzęsłam się w fotelu i ze stresu miętoliłam bluzkę. Czytałam spojlery z filmu od razu po premierze (nigdy mnie nie zrozumiecie) i spodziewałam się zawału podczas sceny ze zmiechami, więc gdy szli w takiej ciszy przez kanały zawzięcie patrzyłam się na wyjście ewakuacyjne, żeby nie widzieć tych okropnych potworów. Jednak w Heliosie dźwięk jest puszczany tak straszliwie głośno, że żołądek podskoczył mi do gardła, gdy rozległ się ryk tych okropnych stworzeń. W tym momencie łzy zaczynały napływać mi do oczu bo wiedziałam, że zbliża się marny koniec mojego ulubionego bohatera. Wpadłam ostatnio w internecie na takie porównanie, że pierwsze jak i ostatnie słowo Finnicka w ekranizacji Igrzysk to "Katniss!". Serce mi się krajało jak zmiechy go pożerały i chwytał mnie ogromny żal za każdym razem, gdy na ulicach Kapitolu wyświetlali jego twarz jako wizerunek zaginionego.
Każda śmierć w tej adaptacji była wstrząsająca, na każdej ogromnie się wzruszałam. Ale też momentami śmiałam się w duchu, np. gdy siostry Leeg strzelały z budynku do Strażników Pokoju, a cały Kapitol był święcie przekonany, że wygrali wojnę i Kosogłos wraz ze swoim oddziałem nie żyje. I ten uśmiech Finnicka, gdy oglądał obwieszczenie swojej własnej śmierci na ekranie... Dobra, nie będę już o nim mówić, bo się rozpłaczę.
Bardzo poruszająca, choć krótka scena z dziewczynką w żółtym płaszczu. Serce mi się krajało, gdy krzyczała do nieżywej mamy. Scena śmierci Prim była taka jakby... Mniej zaakcentowana niż w książce. No i jeden z najlepszych momentów, czyli wyczekiwany przez wszystkich pocałunek Haymitcha i Effie ♥ Są moim ulubionym parringiem z Igrzysk, chociaż Collins ich nie połączyła.
Trochę nie podobał mi się epilog, bo.. No nie umiem się wysłowić, po prostu do mnie nie przemówił.
Fajnie, że nie zapomnieli o Enobarii jako o zwyciężczyni, wyglądała na koniec olśniewająco.
I na zakończenie tej części recenzji- nieziemsko zrobiona Tigris! Byłam pod ogromnym wrażeniem, charakteryzatorzy naprawdę oddali na ekranie to, co było w książce.


Jeżeli chodzi o aktorów, to oczywiście Jennifer Lawrence jak zawsze była fenomenalna. Czasem zastanawiam się, jakim cudem udało jej się tak świetnie oddać charakter kapryśnej i często opryskliwej Katniss, kiedy aktorka na co dzień uwielbia żartować i przynajmniej wydaje się bardzo miła. Naprawdę podziwiam ją za tę rolę, ale też z drugiej strony trochę współczuję, ponieważ już nigdy nie odpędzi się od bycia Kotną. W jakim filmie by nie zagrała, trybuci zawsze będą widzieć w niej symbol rebelii.
Josh Hutcherson trochę mnie śmieszył, bo wyglądał tak samo ciotowato jak w pierwszej części trylogii, ale nie mam zastrzeżeń do jego gry aktorskiej.
Ciężko mi jest się wypowiadać na temat Liama jako Gale'a, ponieważ... był nijaki. Ale sama jego postać jest dla mnie nijaka, więc nie mam mu tego za złe. 
Willow Shields nie miała w tej części za bardzo pola do popisu, tak naprawdę pokazała się na dłużej tylko w scenie, gdy rozmawia z Peetą.
Elizabet i Woody jako Effie i Haymitch... Wielbię ich, nie wybrażam sobie nikogo innego na tym miejscu, dali z siebie wszystko, jak zwykle.
Donald Sutherland jako Snow według mnie nie do przebicia. Z pozoru może się wydawać takim starym dziadkiem, który rozdaje dzieciom lizaki, ale tak naprawdę jest seryjnym mordercą. Idealny.
Julianne Moore... Cieszę się, że w końcu pokazali Coin od tej złej strony, bo w pierwszej części zrobili z niej taką opiekuńczą ciocię.
Mój kochany Sam Claflin jako Finnick oczywiście idealny, nie mam zastrzeżeń, chociaż było go w tej części bardzo mało.
Nie mogę się wypowiedzieć na temat każdego aktorka z osobna, ale według mnie nie było nikogo, kto by się nie przyłożył do swojej roli.


Uhu, troszkę mi się ta recenzja wydłużyła, mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Zachęcam do pisania komentarzy i życzę miłego tygodnia!
Paaa! ♥






Cytat dnia: "Ladies and gentelmans, welcome to the 76th Hunger Games."
Piosenka na dziś: https://www.youtube.com/watch?v=D9Mv6gXqADM

sobota, 14 listopada 2015

"Przebudzona o świcie"- C.C Hunter

Witam :)
Listopad pędzi jak szalony! Za mną konkurs z angielskiego, niedługo z białoruskiego, a już w grudniu egzamin z fortepianu. Trzymajcie kciuki, żebym się ze wszystkim wyrobiła, wsparcie na pewno mi się przyda.
Przypominam o konkursie, który planuję na 30 obserwatorów. Brakuję jeszcze kilku, dokładnie siedmiu. Wierzę w Was! ♥
A teraz zapraszam do przeczytania recenzji świetnej powieści, drugiej części serii "Wodospady cienia", jaką jest "Przebudzona o świcie".
Miłego czytania!

Podstawowe informacje!
Oryginalny tytuł: "Awake at Down"
Autor: C.C Hunter
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Feeria

Co mówi opis?
Kylie Galen przebywa w Wodospadach Cienia już od jakiegoś czasu. Choć wśród tych wszystkich niezwykłych istot jej życie już nigdy nie będzie takie samo, czuje, że jej miejsce jest właśnie tutaj. Wciąż jednak nie ma pojęcia, kim jest naprawdę. Desperacko pragnie ustalić swoją tożsamość i zrozumieć, dlaczego nawiedzają ją duchy.
Jeden z nich twierdzi, że ktoś bliski Kylie umrze przed końcem lata. Nie wiadomo, kto to będzie ani jak go uratować.
Kylie dręczą też problemy sercowe. Nie potrafi zdecydować, czy zostać z wilkołakiem Lucasem, związek z którym nie należy do usłanych różami, czy być z półelfem Derekiem, który zaczyna coraz bardziej na nią naciskać. Dziewczyna wie, że musi dokonać wyboru…
Romanse jednak muszą zejść na dalszy plan, gdy ciemna strona świata istot paranormalnych zaczyna zagrażać wszystkiemu, co jest dla Kylie drogie.


Co mówię ja?
Nie wiem, co takiego jest w tej serii, ale po prostu nie mogę się od niej oderwać. Słyszałam wiele niekorzystnych opinii na temat "Urodzonej o północy", a mimo to skradła moje serce. Tak samo było z "Przebudzoną o świcie".
Bardzo podoba mi się to, że w akcji nie ma zastojów. Wydarzenia nie pędzą jak oszalałe, ale też nie ma momentu, w którym nic się nie dzieje. Wszystko jest dokładnie wywarzone, nie ma wątku który przeważa i tego, który jest odkładany na bok. Nic nie idzie w zapomnienie, a jeżeli już, to tylko na chwilę i po to, żeby za chwilę dać o sobie znać.
Podoba mi się to, że bohaterowie zachowują się jak ludzie (chociaż do końca nimi nie są, ale to szczegół). Chodzi mi o to, że nie ma podziału na tych idealnych, bez wad i tych, którzy mają tylko złe strony. Oczywiście, wyraźnie możemy stwierdzić, kto jest czarnym charakterem, a kto nie, ale ci pozytywni bohaterowie też popełniają błędy. Są po prostu ludzcy. Mają ludzkie myśli, ludzkie zachowania i postępowanie. Często w książkach autorzy o tym zapominają. Chociażby taki zwykły wątek mycia się, czy załatwiania potrzeb fizjologicznych- często w tych kwestiach bohaterowie są wykreowani na roboty, które tego nie potrzebują. W tej powieści tak nie było.
Dobrze wykreowany wątek miłosny. Od początku jestem za związkiem Lucasa i Kylie, więc podobają mi się te zawirowania w relacjach dziewczyny z Derekiem, hehe. Fajne jest to, że chociaż elf był w pierwszej części ukazany jako taki prawie ideał w drugiej widać jego ciemniejszą stronę. To mi się podoba u C.C Hunter- żadna postać nie jest doskonała.
Przyjaźń Delli, Mirandy i Kylie jest niezwykła, chociaż nie obchodzi się bez kłótni. Mimo to widać, że dziewczyny skoczyłyby za sobą w ogień.
I w końcu najważniejsze, czyli niezwykle tajemniczy wątek pojawiającego się ducha z błaganiem o uratowanie kogoś, kto jest dla głównej bohaterki bliski. Ciężko jest to opisać bez spojlerów. Powiem tyle- nie spodziewałam się o kogo chodzi, chociaż w pewnym momencie jakiś tam przebłysk podejrzenia pojawił się w mojej głowie. Cudnie rozegrane, tajemniczo.
Muszę też poruszyć temat tytułu, który dobrany jest idealnie. Dopiero gdy skończyłam czytać zrozumiałam, dlaczego ta część nazywa się akurat tak, a nie inaczej.
Czas na podsumowanie.
"Przebudzona o świcie" jest równie dobra jak "Urodzona o północy". Trzyma w napięciu, pełna zwrotów akcji, miłości i nadnaturalnych stworzeń. Jeżeli seria "Wodospady cienia" nie stoi przeczytana na Twojej półce, to musisz to jak najszybciej nadrobić!


To już koniec dzisiejszej recenzji. Mam nadzieję, że spodobały Ci się moje przemyślenia i zostawisz po sobie ślad w formie komentarza, a może nawet i obserwacji :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień, paaa! ♥


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=TJAfLE39ZZ8
Cytat dnia: "To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia."- Jonathan Carroll



sobota, 7 listopada 2015

"Próby ognia"- J. Dashner

Cześć, dzień dobry, witam!
Nie wiem, czy jest sens witania się, bo nie mam pewności, że ktoś to jeszcze czyta. Mam nadzieję jednak, że widzisz właśnie to zdanie i mylę się myśląc, że zostałam zupełnie sama ze swoimi wpisami.
Odkryłam, że muszę jakoś motywować Was do czytania, dlatego ogłaszam wszem i wobec, iż gdy zbiorę 30-stu obserwatorów, zorganizuję konkurs z nagrodą rzeczową. Może i książkową...
Dlatego czekam! Obserwować mojego bloga możecie klikając przycisk po prawej stronie witryny.
Przygotowałam dziś specjalnie dla Was recenzję drugiej części trylogii "Więzień labiryntu", a mianowicie "Prób ognia".
Miłego czytania!
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "The Scorch Trials"
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 415 (włącznie z epilogiem)
Co mówi opis?
Próby Ognia to długo oczekiwany drugi tom bestsellerowej trylogii Więzień Labiryntu.
Znalezienie wyjścia z Labiryntu miało być końcem. Żadnych więcej niespodzianek, żadnych puzzli. I żadnego uciekania. Thomas był przekonany, że jeśli Streferzy zdołają się wydostać, odzyskają swoje dawne życie.
W Labiryncie życie było łatwe. Było jedzenie, schronienie i względne bezpieczeństwo. Dopóki Teresa nie zapoczątkowała końca. Ale w świecie poza Labiryntem koniec został zapoczątkowany już dawno temu.
Spalona przez Pożogę i wysuszona z powodu nowego surowego klimatu, Ziemia stała się krainą zniszczenia, penetrowaną przez Poparzeńców, ludzi zarażonych Pożogą.
Dlatego Streferzy wciąż nie mogą przestać uciekać. Zamiast upragnionej wolności, muszą stawić czoła jeszcze jednej próbie. Muszą przejść przez najbardziej spaloną część świata i dotrzeć do celu w ciągu dwóch tygodni.
Ale DRESZCZ przygotował im na tej drodze wiele niespodzianek. Wiele krwawych niespodzianek...
Thomas może tylko zastanawiać się, czy sekret do wolności tkwi w jego głowie, czy też na zawsze będą zdani na łaskę DRESZCZU...

Co mówię ja?
Jeszcze kilka dni po skończeniu książki byłam w głębokim szoku. Ta część wstrząsnęła mną o wiele bardziej niż "Więzień labiryntu". Z tego co słyszałam od innych książkoholików jest to najlepsza powieść z trylogii i chociaż nie przeczytałam jeszcze "Leku na śmierć" czuję, że te słowa się potwierdzą.
Bardzo lubię Thomasa. Jak pewnie zauważyliście nie zbyt często żywię jakiekolwiek pozytywne uczucia do głównego bohatera, jednak tutaj jest inaczej. Często zgadzam się z wyborami Tommy'ego, chociaż oczywiście nie zawsze, bo bywały momenty, że chciałam go spoliczkować, żeby się ockną.
Chyba nigdy na żadnym bohaterze nie zawiodłam się tak bardzo jak na Teresie. Mogłabym tu rzucić kilka niezbyt ładnych określeń, które przyszły mi do głowy kiedy czytałam wiadome fragmenty...
Dashner wspaniale kreuje postacie. Wiadomo kto kim jest, wszystko jest postawione jasno. Mimo to bohaterom nie brakuje nutki tajemniczości. Nikt nie jest nijaki, każdy ma pewną zarysowaną osobowość. Podoba mi się też to, że autor nie pomija żadnych wątków. O niczym nie zapomina. Umie jednak czasem tak wyminąć niektóre aspekty, żeby nagle wrócić je ze zdwojoną mocą.
O wiele bardziej lubię Brendę niż Teresę. Już nawet nie chodzi o to, co ta druga zrobiła- ona od początku nie zdobyła mojego zaufania, od zawsze wiedziałam, że coś jest nie tak. Za to Brenda... Jest cudowna. Nie idealna oczywiście, bo każdy ma wady, ale jest jedną z lepszych postaci książkowych.
Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło, nie mogę się doczekać, aż mój portfel trochę "spuchnie" i będę mogła w końcu przerwać cierpienia oczekiwania na kolejną część. Mam nadzieję, że kupię"Lek na śmierć" jak najszybciej i obejdę się bez zbędnych spojlerów ze strony złych ludzi z internetu.
Muszę przyznać, że "Próby ognia" męczyłam od końca sierpnia. Nie dlatego, że był nudne, ale po prostu szkoła nie pozwalała mi na spokojne czytanie. Ostatnio trochę chorowałam i miałam w końcu okazję skończyć tę książkę. Nie mogłam się od niej oderwać, a po skończeniu miałam strasznego kaca. Potrzebowałam dwóch dni, żeby się z niego otrząsnąć.
Podsumowując- druga część trylogii "Więzień labiryntu" wytargała moje emocje już chyba maksymalnie. Niesamowite zwroty akcji, ładny, ale nie prosty język i wspaniała fabuła. Chyba nie muszę dodawać, że polecam :)
Jeżeli chodzi o film- nie będę dodawała jego oddzielnej recenzji, ponieważ nie chce mi się po prostu go wspominać. Jedna z najgorszych ekranizacji, jakie miałam nieprzyjemność oglądać. Świetni aktorzy, klimat i w ogóle, ale adaptacja... Przerażająca. W "Próbach ognia" nie było wątku prób ognia. Ciekawe, nie sądzicie?
Zawiodłam się i to bardzo, chociaż po kinowej wersji "Więźnia labiryntu" nie spodziewałam się fajerwerków... Mimo to wyszło gorzej niż myślałam.


I to by było tyle, jeżeli chodzi o recenzję "Prób ognia" :)
Zostawiajcie po sobie ślady w postaci komentarzy i obserwacji. Przypominam, że po trzydziestu obserwatorach możecie spodziewać się konkursu z nagrodą rzeczową, więc warto!
Do następnego tygodnia, paaa! ♥


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=pkCyfBibIbI
Cytat dnia: "A kiedy ona cię kochać przes­ta­nie, zo­baczysz noc w środ­ku dnia, czar­ne niebo za­miast gwiazd, zo­baczysz wszys­tko to sa­mo, co ja."- Edward Stachura

niedziela, 25 października 2015

"Następczyni"- Kierra Cass

Witam! ♥
Przez ten tydzień chorowałam, siedziałam w domu, więc miałam czas na czytanie. Dlatego w najbliższym czasie możecie spodziewać się kilku recenzji, które (jak myślę) lubicie :)
A dziś mam dla Was troszkę krótszą (żeby nie zanudzić) ocenę czwartej części serii "Rywalki", a mianowicie "Następczyni".
Miłej lektury, zapraszam do komentowania :)
Co mówi opis?
Dwadzieścia lat temu America Singer wzięła udział w Eliminacjach i zdobyła serce księcia Maxona. Teraz nadszedł czas, by swoje Eliminacje zorganizowała księżniczka Eadlyn. Eadlyn nie oczekuje, że jej Eliminacje będą choć odrobinę przypominać bajkową historię romansu jej rodziców. Jednak gdy rozpoczyna się rywalizacja, dziewczyna odkrywa, iż znalezienie szczęśliwego zakończenia nie jest tak niemożliwe, jak zawsze się spodziewała.
 Co mówię ja?
Muszę przyznać, że nie wiem, od czego zacząć. Książka nie była taka zła, jak ją wszyscy oceniali, ale nie była też jakaś super ekstra.
Eadlyn jest jedną z najbardziej denerwujących głównych bohaterek w dziejach, to wiadomo. Nie rozumiem prawie każdej jej decyzji, chociaż w kilku sprawach ją popieram.
W tej części nie ma magii, którą można było wyczuć w trzech poprzednich. Jest taka... Sucha, że tak to ujmę. Niektóre momenty są tak sztywne i sztuczne, że aż nie chce się ich czytać.
O wiele bardziej polubiłam Americę, jako matka i królowa jest idealna. Eadlyn zupełnie nie pasuje na jej córkę. Końcówka bardzo mnie zaskoczyła, chociaż tak naprawdę nie rozumiem, po co przyszła królowa robiła tyle hałasu o księżniczkę Francji. Rozumiem z jednej strony, że była zazdrosna o brata, ale no bez przesady. Myślę, że to wynik rozpieszczenia. Chciała mieć wszystko i każdego na własność.
Niektórzy chłopcy na eliminacjach są wręcz żałośni, ale są też tacy, którzy wyjątkowo mi się spodobali. Chociaż mam wrażenie, że te eliminacje to takie trochę ciepłe kluchy, wloką się bez celu.
Czytając "Następczynię" miałam okropne wrażenie, że autorka pisała tę część na siłę. Gdybym miała ocenić powieść w skali od 1 do 10 dałabym jej... 3. Niestety.
Ta recenzja będzie krótka, ponieważ nic więcej o tej książce nie umiem powiedzieć. Często mogę zachwycać się historią godzinami, ale w tym przypadku... Nie ma takiej opcji.
Podsumowując- jeżeli czytaliście trzy pierwsze części i nie macie żadnej nowej książki na półce możecie sięgnąć po "Następczynię", ale jeżeli macie inne lektury, to nie polecam śpieszyć się akurat z tą.
Mam nadzieję, że mimo nikłej długości recenzja spodobała Wam się i zostawicie po sobie ślad w postaci komentarza :)
Miłego dnia, do napisania za tydzień!


Piosenka na dziś-> https://www.youtube.com/watch?v=Yc7-krRX8uA
Cytat dnia: "Dla wrednych- wredna, dla miłych- miła, dla tych, których kocham- nawet bym zabiła."