niedziela, 27 marca 2016

"Rozkaz zagłady"- James Dashner

Cześć!
Wpis wrzucam dopiero dziś, ponieważ wczoraj cały dzień nie miałam internetu. Mam nadzieję, że święta mijają Ci spokojnie, skąpane w cudnym słońcu, które ostatnio postanowiło łaskawie pokazać się na parę dni.
Wczoraj skończyłam czytać "Rozkaz zagłady". Co tu mówić, długo się z tą powieścią męczyłam, ale jakoś udało mi się dobrnąć do końca. Zapraszam do przeczytania recenzji!

Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "The Kill Order" 
Autor: James Dashner 
Liczba stron: 420 
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Co mówi opis? 
Po opis kliknij tu!
Co mówię ja?
Podczas czytania tej książki czułam się jak zawiedzione, małe dziecko, które podczas podróży pyta rodziców "Daleko jeszcze?", a oni zdenerwowani odpowiadają "Tak".
"Rozkaz zagłady" miał rozjaśnić czytelnikowi chociaż kilka ważnych aspektów poruszonych w trylogii. Tym czasem miałam wrażenie, że autor sam plątał się w pisaniu. Jakby chciał wyjaśnić zbyt wiele za jednym razem, ale zamiast tego dołożył jeszcze więcej pytań, dorzucił kilka wątków do całej tej "zupy" zawiłości i niechlujnie wymieszał. Po skończeniu powieści czułam się tak, jakbym wróciła do punktu wyjścia, bo szczerze mówiąc nie interesowało mnie, jak wyglądały rozbłyski słoneczne, bo to chyba jeden z najmniej ważnych momentów w całej historii. Oczywiście wiele znaczy dla fabuły, ale nie odczuwałam potrzeby przeczytania dokładnego opisu, który tak naprawdę nie zbyt wiele mówił, bo opowiedziany był z perspektywy ludzi, którzy w trakcie całej katastrofy przebywali pod Ziemią. Wiem, że to co piszę nie ma do końca sensu, ponieważ prawie wszyscy ludzie, którzy znajdowali się na powierzchni zginęli, ale myślę, że rozumiesz, o co mi chodzi. 
Męczyłam się z tą książką, naprawdę. Dreszcze przeszły mnie tylko raz i to w ostatnim rozdziale, gdy naprawdę coś zaczęło się dziać. Początek także nie był zły, dowiadujemy się, jakim cudem Pożoga rozprzestrzeniła się na Ziemi i do czego miała początkowo służyć. Ale później bohaterowie prowadzili walkę z wiatrakami. Tyle zachodu po to, żeby przeprowadzić odporną dziewczynkę przez Płaski Przenos. Zastanawiam się, co by było, gdyby jej nie znaleźli- podróżowaliby zupełnie bez sensu. Ale co z tego, skoro i tak wszyscy by zginęli. Nigdy nie zrozumiem Dashnera- mamy zupełnie inny tok myślenia.
Jeżeli chodzi o porównanie obu głównych bohaterów, Marka i Thomasa, zdecydowanie wole tego drugiego. Mark mnie nudził, tak samo Alec czy Trina- nic specjalnego w nich nie było.
Cały zamysł "Rozkazu zagłady" jest naprawdę fajny, ale według mnie wykonany słabo, bez pomyślunku, trochę na odwal. Za dużo nowych zagadek. Chciałam wyjaśnienia historii Thomasa i Teresy (tak wiem, że jedna z bohaterek prequelu to ona), procesu tworzenia labirytnu, a dostałam w większości to, czego sama zdążyłam się domyślić. 
Jeżeli przeczytał*ś trylogię "Więzień labiryntu", sięgnij po "Rozkaz zagłady", głównie z ciekawości, może wyrobisz sobie inną opinię niż ja. Moja ocena to niestety takie słabe 4\10.

Przepraszam, że ta recenzja nie do końca trzyma się całości, ale jestem w trakcie "Złodziejki książek" i jestem w wielkim szoku, więc ciężko mi jest wypowiadać się na temat jakiejś innej powieści. 
Życzę słonecznego tygodnia! ♥

Piosenka na dziś-> "NO"- Meghan Trainor 
Cytat dnia: "Co może być gorsze od chłopaka, który cię nienawidzi? Zakochany chłopak."
-"Złodziejka książek", Markus Zusak 

sobota, 19 marca 2016

"Lek na śmierć"- James Dashner

Cześć!
Aż ciężko mi uwierzyć, że to już środek marca, a co za tym idzie, jest coraz mniej czasu do egzaminów z przedmiotów muzycznych, więc nie obiecuję, że posty będą pojawiać się regularnie.
Dziś zapraszam do przeczytania recenzji trzeciej części "Więźnia labiryntu"!
Miłej lektury :)

Podstawowe informacje!
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowych księżyc
Liczba stron: 440
Tytuł oryginalny: "The Death Curse"
Co mówi opis?
Co mówię ja? 
Słyszałam o zakończeniu trylogii "Więzień labiryntu" wiele złych opinii. Nie zgadzam się z nimi, ani trochę. Gdyby nie szkoła, siedziałabym całą noc, żeby zobaczyć jak się skończy.
Już od samego początku akcja się rozkręcała. Słabo pamiętałam, co się działo na końcu "Prób ognia", ale to mi nie przeszkadzało, byłam zbyt zajęta przeżywaniem sytuacji w tej części. Jak to u Dashnera, nie było żadnych zastojów, nawet opisy nie były nudne. To niesamowite, bo aktualnie jestem w trakcie "Rozkazu zagłady" i początek wydaje się trochę nużący, ale brnę dalej, żeby poznać tajemnice świata zgładzonego przez Rozbłyski Słoneczne.
Gdy jeden z głównych i najbardziej lubiany przez czytelników bohater (płci męskiej) ginął, nawet się nie wzruszyłam. Może nie byłam do niego wystarczająco przywiązana, nie wiem. Czasami zgony w tej trylogii wydawały mi się takie szybkie i często bezsensowne, ale tak to w życiu jest- można wygrać walkę z Buldożercami, przetrwać w labiryncie, a później zginąć przygnieciony ( w tym wypadku przygnieciona) przez odłamek walącego się budynku. Przecież nie wszystko w powieściach musi być spektakularne, uwieńczone ogromnymi efektami pirotechnicznymi, czy walkami między bohaterami.
W pewnych momentach czułam się aż zrozpaczona rozwojem akcji, chciałam krzyczeć do bohaterów, którzy często podejmowali (według mnie) niewłaściwe decyzje. Ta książka niewątpliwie mnie wciągnęła, grała na moich emocjach do samego końca.
Co do zakończenia... było takie zbyt szczęśliwe. To fakt, zginęło tyle osób. I zawiodło mnie to, że było tyle zachodu, tyle tych Prób, żeby wszystko poszło na marne. Poczułam się może nawet trochę oszukana, ale myślę, że o to właśnie chodziło- tak samo czuli się bohaterowie. Tyle trudu, śmierci i starań na nic. Może "na nic" to złe określenie, bo jednak coś z tego wyszło, ale plany totalnie się pokrzyżowały. Dashner jest mistrzem w męczeniu czytelników, w tej kwestii przebił nawet Suzanne Collins.
Czuję ogromny niedosyt, chcę wiedzieć, co stało się dalej. Cały czas mam nadzieję, że autor jednak postanowi napisać jakąś chociaż króciutką kontynuacje, ale coraz bardziej w to wątpię, bo skoro powstał "Rozkaz zagłady", to pisarz nie będzie chciał zdradzić nam więcej szczegółów. Możemy się tylko domyślać, jak potoczyły się dalsze losy postaci.
Ta recenzja może wydawać się nieskładna, wybacz- ten tydzień był dla mnie ciężki, nie mogłam się skupić na pisaniu.
Mimo to mam nadzieję, że wpadniesz tu jeszcze, a teraz zostawisz po sobie komentarz.

Miłego tygodnia, do napisania!

Piosenka na dziś-> "Uptown Funk" - Mark Ronson ft. Bruno Mars (Against The Current Cover feat Set It Off)
Cytat dnia: "W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca."- Paulo Coehlo

sobota, 12 marca 2016

"Fangirl"- Rainbow Rowell

Cześć!
Tydzień temu już zapowiadałam, że pojawi się recenzja powieści związanej z poprzednim tagiem i oto jest- moja ocena "Fangirl"! 
Sądzę, że nie ma co przydłużać, zapraszam do czytania i komentowania!
 
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "Fangirl"
Autor: Rainbow Rowell 
Liczba stron: 380
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive) 
Co mówi opis?
Teraz muszę niestety wstawiać Wam link do opisu, bo nie mogę nic tu skopiować, ale mam nadzieję, że niedługo się z tym uporam. 
Co mówię ja? 
Czytałam bardzo wiele niepochlebnych recenzji na temat tej książki, wokół której przez prawie miesiąc krążył świat książkoholików- w zapowiedziach zapewniano, że to powieść o nas. O osobach, których książki wciągają tak bardzo, że czasem zapominają o rzeczywistości, które zakochują się w przystojnych bohaterach marząc o przeniesieniu ich do naszego świata. Tym czasem dostałam w ręce powieść o delikatnie mówiąc niemiłej, aspołecznej dziewczynie zamkniętej w swojej głowie. Trochę mnie to zdenerwowało, ponieważ pokazano nas jako zołzy 24 na dobę czytające, zamknięte na świat, bez przyjaciół. Przez opinie krążące w internecie zaczęłam zapoznawać się z "Fangirl" z początkowo negatywnym nastawieniem. Każde nawet dobre zdanie bardzo mnie nużyło. Postanowiłam, że więcej nie przeczytam recenzji przed przeczytaniem książki.
Postać Cath przeszła ogromną przemianę, można powiedzieć, że nawet ewoluowała od początku historii, aż do końca. I pomyśleć, że to dzięki Leviemu, chłopakowi, który na początku wydaje się postacią wręcz absurdalną i jakby wciśniętą do fabuły na siłę. Pod koniec jednak przekonałam się, że był on najlepszym bohaterem. Bije od niego tak pozytywna energia, że na sam widok jego imienia w tekście uśmiecham się. Jest on wielkim plusem całej powieści.
Pojawia się kilku bohaterów, którzy tylko epizodycznie lub na krótszą chwilę przewijają się przez rozdziały, by później zgrabnie zniknąć z nich na dobre, jak np. Abel czy Nick. Szczerze mówiąc myślałam, że autorka trochę bardziej rozwinie wątek znajomości Cath i chłopaka z biblioteki.
Bardzo ciekawie przedstawione są relacje bliźniaczek, które z każdą stroną zmieniały się coraz bardziej- na lepsze i czasem na gorsze. Ogólnie ciekawie zbudowany wątek rodziny, zagubionego we własnej głowie ojca, matki, która nie jest matką i ich córek, które mają na początku tak naprawdę tylko siebie.
Książka wydaje mi się nie dokończona- ale nie w taki pozytywny sposób, tylko po prostu... Brakowało mi czegoś. Czuję aż za duży niedosyt, a to dosyć spory minus.
Trochę niezgrabnie wprowadzony wątek fanfiku głównej bohaterki, sama jego treść mi się nie podobała, ale to kwestia gustu.
Fajnie przedstawiona przyjaźń współlokatorek- nieszablonowa, nawet nie wiem, czy można to ostatecznie nazwać "przyjaźnią", ale myślę, że nie znajdę na to lepszego określenia. To na pewno bardzo specyficzne relacje.
Czy utożsamiam się z Cath? Z tą z początku "Fangirl" na pewno nie. Jestem książkoholiczką, ale otwartą na świat. Z tą z końca może już bardziej, chociaż też nie zupełnie, mamy totalnie odmiennie charaktery.

I to by było na tyle, jeżeli chodzi o moje zdanie na temat "Fangirl". Napisz w komentarzu, co sądzisz o samej książce oraz o mojej recenzji :)
Do napisania! ♥

Piosenka na dziś: "Bad Day"- Daniel Powter
Cytat dnia: "Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość."- "Piraci z Karaibów: Klątwa Czarne Perły"

sobota, 20 lutego 2016

"Wybrana o zmroku"

Cześć!
Nie wiem co się dzieje- nie mogę dodać recenzji "Insygniów Śmierci", ponieważ biały tekst wyświetla się na białym tle i nic nie widać.  Piotrek nad tym pracuje, ale nie wiem, czy coś da się zrobić. 
Chciałam zawiesić bloga na czas nieokreślony, brakowało mi motywacji, nie mam czasu na czytanie, a co za tym idzie również na pisanie recenzji. Ale przed chwilą weszłam na bloggera, i zobaczyłam tę cudowną liczbę 1001 wyświetleń pod ostatnią opinią na temat książki "Szepty o wschodzie księżyca". Ucieszyłam się ogromnie, dostałam wielkiego kopa i będę pisać dalej. W najbliższej przyszłości spodziewajcie się raczej tagów, askowych pytań i ulubieńców, recenzji będzie zdecydowanie mniej, ale na tyle dużo, żeby zachować charakter bloga. 
A teraz zapraszam do przeczytania ostatniej części "Wodospadów cienia". 
Miłej lektury!
Podstawowe informacje! 
Tytuł oryginalny: "Chosen at Nightfall"
Autor: C.C Hunter
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 400  

Co mówi opis?  
(opis tu)- wstawiam link, bo gdy kopiuję tekst i wklejam w poście pojawia się on na białym tle i nic nie widać.
Co mówię ja?
Nie. To nie może być koniec. Musi być kolejna część, przecież nie dowiedziałam się tylu ważnych rzeczy...
Lepszego zakończenia chyba nie mogłam sobie wymarzyć. C.C Hunter doskonale wie i od pierwszej części wiedziała, czego potrzebuję. Mam wrażenie, że gdybym to ja miała być autorką "Wodospadów cienia" napisałabym je tak samo. No, może prawie, kilka rzeczy bym pozmieniała, ale to naprawdę drobiazgi.
"Wybraną o zmroku" przeczytałam w dwa dni. Mogłam skończyć ją w jedną noc, ale rodzice uznali, że za późno chodzę spać, co było okropne, bo musiałam przerywać czytanie w najlepszych momentach, a później pół nocy męczyć się z pytaniem "I co będzie dalej?". Kilka razy nawet "w biegu" przeglądałam następną stronę, żeby się czegoś dowiedzieć. Żadna powieśc jeszcze tak na mnie nie działała, nawet "Harry Potter", ale to dlatego, że w serii autorstwa J.K Rowling nic mnie nie mogło zaskoczyć, bo spojlerowcy mnie nie oszczędzili. "Wodospady cienia" nie są tak popularne (a szkoda) i ciężko jest natknąć się na spojler na przypadkowej stronie na facebooku.
Mam zastrzeżenia co do finałowego starcia Kylie z Mariem. Miałam wrażenie, że autorka jak najszybciej chciała opisać ślub Burnetta i Holiday, bo scena, która miała rozwiązać wszystko, nad którą główna bohaterka głowiła się przez połowę serii była bardzo krótka i raczej mało spektakularna. Wszystko działo się zbyt szybko, w pewnym momencie przestałam nadążać. W takich chwilach powinno się budować napięcie, a tu tego wzrastania zabrakło, było od razu wielkie BUM! i rozwiązanie sytuacji. Ale to tylko kropelka w ocenie, jestem w stanie wybaczyć pani Hunter to niedopatrzenie.
W końcu odnalazłam swój OTP. I nie, nie jest to Kylie&Lucas, chociaż ich też kocham ponad wszystko i kibicowałam tej parze od początku. Jestem wręcz zauroczona połączeniem Burnetta&Holiday. Chyba nie mogli się dobrać lepiej. Momentami nie mogłam się powstrzymać od pomyślenia "Ooo, to takie słodkie". Do tego ta wesoła wiadomość.. Bardzo dobrze rozegrany wątek, powoli wprowadzający czytelnika w samo sedno.
Autorka ma skłonność do wprowadzania nowych postaci mącących w fabule, często pojawiających się na chwilę, choć niektórzy zostają na dłużej. Mówię tu np. o Clarze, siostrze Lucasa, Jenny, Haydenie, czy Johnie, który okazał się prawie kluczową postacią. To bardzo fajny pomysł- jest kilka postaci, takich jak Holiday, Kylie, Derek czy Della, które są jakby bazą, centralną planetą układu, na około której krążą inne ciała niebieskie. W ten sposób do powieści wkrada się trochę tajemnicy.
Nie wierzę, że to koniec. Musi być kolejna część. Chcę się dowiedzieć, jakim Burnett jest ojcem, czy Jenny i Derek się pobrali, co się stało z Kylie i Lycasem. Muszę się dowiedzieć, bo inaczej nie będę w stanie spokojnie żyć.
Bardzo przywiązałam się do postaci. Mam wrażenie, że są ze mną nie tylko ukryte na stronach książki, ale i w prawdziwym życiu. Chciałabym, żeby tak było. Jak dobrze byłoby mieć przy sobie taką Holiday, która jest jak starsza siostra, kochającego Lucasa czy takie przyjaciółki jak Della i Miranda. No, poprawka, takich przyjaciół mam, co nie zmienia faktu, że chętnie wyciągnęłabym z powieści kilka postaci i umieściła je w naszym wymiarze.
Podsumowując- polecam serię "Wodospady cienia" każdemu, kto jeszcze nie miał przyjemności się z nią zapoznać. 

To tyle na dziś- mam nadzieję, że uda mi się dodać w końcu recenzję "Insygniów Śmierci", bo napracowałam się nad nią. 
Miłego tygodnia, do napisania za tydzień! 

Piosenka na dziś-> "Dancing queen"- Abba
Cytat dnia: "Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości."- "Alchemik"

sobota, 13 lutego 2016

"Szepty o wschodzie księżyca"- C.C Hunter

Cześć!
Chciałam dziś dodać recenzję "Insygniów Śmierci", ale mam problemy techniczne. Jeżeli ktoś zna się na blogach to prosiłabym o kontakt. 
Dlatego przygotowałam recenzję czwartej części jednej z moich ulubionych serii, "Wodospadów cienia", zatytułowanej "Szepty o wschodzie księżyca".
Zapraszam!
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny:"Whispers at moonrise"
Autor: C.C Hunter 
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Feeria 
Co mówi opis?
Kylie różni się od swoich rówieśników nawet na obozie dla nadnaturalnych istot. Widzi duchy i nie należy do żadnego gatunku – za to ma cechy ich wszystkich. Teraz pochłania ją odkrywanie sekretów nowej tożsamości, martwi się jednak, że Lucas i jego stado nigdy nie zaakceptują tego, iż Kylie nie jest wilkołakiem… A to sprawia, że dziewczyna znów zwraca się coraz bardziej w stronę Dereka, który jako jedyny jest stanie przyjąć ją taką, jaką jest.

Jakby tego było mało, Kylie nawiedza duch Holiday, komendantki obozu i najbliższej jej osoby. Jest tylko jeden mały szkopuł… Holiday żyje. Jeszcze. Kylie musi ocalić ją przed niewidocznym zagrożeniem, zanim będzie za późno. W świecie ciągłych wątpliwości i zamieszania tylko jedno wydaje się pewne: nie da się uniknąć zmian i wszystko kiedyś się kończy, nawet pobyt Kylie w Wodospadach cienia.

Co mówię ja?
Pamiętasz jak mówiłam, że seria "Wodospady cienia" jest lekka i raczej nie stresująca? Zapomnij. Odwołuję to.
Ta część wstrząsnęła mną tak mocno, ze sama byłam zdziwiona. Dopiero tu zauważyłam, jak bardzo zżyłam się z bohaterami, nie ważne, czy ich lubię czy nie. Tak strasznie chciałabym, żeby to było prawdziwe, taki cudowny obóz, gdzie byłyby takie genialne osoby jak Holiday czy Burnett. Tego nie lubię w książkach, uświadamiają mi, jakie życie jest słabe.
Gdy (staram się nie spojlerować) pewna osoba (niby) umarła myślałam, że dostanę zawału, naprawdę. Poczułam się jakby ktoś przywalił mi pięścią w brzuch. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo kocham tych bohaterów. Chcę jak najszybciej dostać w swoje lepkie, ksiązkoholikowe łapki ostatnią część, ale boję się, że jak już skończę ją czytać to pogrążę się w głębokiej, po-zakończeniowo-seriowej rozpaczy.
Przeczytałam "Szepty..." szybko, w trzy dni, a mimo to miałam wrażenie, że wszystko to działo się na przeciągu kilku miesięcy. Pojawiło się tyle niespodziewanych zdarzeń, wszystko zaczęło się wyjaśniać, a mimo to też gmatwać. Miałam wrażenie, że powieść dzieliła się na pewnie okresy, że nie było takiego ciągu, ale nie przeszkadzało to w czytaniu.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się stresowałam wydarzeniami w powieści. Nie mam żadnych spojlerów dotyczących zakończenia (i oby tak zostało), a to się nie często zdarza, bo np. czytając "Harry'ego Pottera" miałam świadomość wszystkiego co się zdarzy. A tutaj jest zupełnie odwrotnie. Choć mówię sobie, że doczytam tylko do końca rozdziału, zerkam na kolejną stronę, wyczytuję coś zaskakującego i po prostu muszę zobaczyć, co się dzieje dalej. Lepiej nie zaczynaj tej książki wieczorem, bo skończysz nad ranem.
Jak wspominałam we wcześniejszych recenzjach jestem za związkiem Lucasa i Kylie, nie przepadam za Derekiem, więc w tej kwestii moje serce złamało się w czwartej części na kilka kawałków, ale to dobrze, bo nie jest nudno. Chociaż gdzieś tam w głębi duszy niepokoję się o zakończenie...
Co do ekranizacji- nie chciałabym, żeby powstała. Fakt, jestem ciekawa, jak by to rozegrali, ale nie chcę psuć swojego wyobrażenia postaci. Poprzypisywałam odpowiednim bohaterom wygląd osób, które znam (chociażby z widzenia). Czasem mijam taką osobę na szkolnym korytarzu i od razu kojarzy mi się ona z Wodospadami Cienia. To bardzo fajne uczucie, takie budowanie swojego, odrębnego świata.

Piosenka na dziś->  Disney Love Medley (feat. Kirstin Maldonado & Jeremy Michael Lewis)
Cytat dnia:  "Całe życie drzwi przed nosem zamyka mi los, a tu zjawia się taki ktoś jak ty..." -"Miłość stanęła w drzwiach"

sobota, 30 stycznia 2016

"Zabrana o zmierchu"- C.C Hunter



Cześć! 
Dziś według zapowiedzi powinni pojawić się na blogu ulubieńcy stycznia, ale mam kilka recenzji w zanadrzu, więc zmieniłam trochę kolejność. Ta poniżej jest trochę "przeterminowana", bo już skończyłam cała serię "Wodospady cienia", ale postanowiłam zostawić ja w takim stanie, w jakim była od razu po przeczytaniu "Zabranej o zmierzchu".
Zapraszam! 


Podstawowe informacje! 
Autor: C.C Hunter
Tytuł oryginalny: "Taken at Dusk"
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Feeria


Co mówi opis? 
Kyle Galen pragnie prawdy aż do bólu. Prawdy o tym, kim naprawdę jest jej rodzina, prawdy o chłopaku, z którym powinna być – i prawdy o znaczeniu jej ogromnych mocy. Ale jest tylko o krok od odkrycia, że pewne sekrety mogą zmienić jej życie na zawsze… i to niekoniecznie na lepsze.
W końcu, gdy ona i Lucas się zbliżają, Kylie odkrywa, że jego paczka zabroniła im być razem. Popełniła błąd wybierając jego zamiast Dereka? A nie tylko ten romans ją niepokoi. Nawiedza ją dotknięty amnezją duch, przynosząc ze sobą przerażające ostrzeżenie: ktoś żyje i ktoś umiera. Kylie rozpoczyna wyścig, aby odkryć tajemnicę i chronić tych, których kocha i w końcu odkrywa prawdę o swoim nadnaturalnym pochodzeniu, które jest zupełnie inne – i bardziej zadziwiające – niż mogłaby sobie kiedykolwiek wyobrazić.




Co mówię ja?  
Jeżeli czytał*ś  moje pozostałe recenzje książek z tej serii to doskonale wiesz, że ją uwielbiam. Nie jest może jakaś wybitna, ale bardzo przyjemnie się ją czyta, wszystko jest idealnie wymierzone. Niczego nie jest za dużo, ale też niczego nie brakuje.
Kylie jest jedną z moich ulubionych głównych bohaterek, podoba mi się jej charakter, podejście do życia. Nie denerwuje mnie, co jest rzadko spotykane, bo najczęściej takie postacie jak Katniss czy Tris wkurzają mnie niemiłosiernie, a tu proszę. 
C.C Hunter wychodzi po za schematy. Nie ma dziewczyny, która prowadzi rewolucje w państwie. Ona walczy sama ze sobą, próbuje się odnaleźć. Co ciekawe, w powieści jest standardowy motyw trójkąta miłosnego, ale jest on tak umiejętnie skonstruowany, że mi nie przeszkadza. Nie przepadam za takimi oklepanymi aspektami, ale w sadze o Wodospadach Cienia nie odczuwam takiego "zmęczenia materiału".  
Tę część zaczęłam niedługo po poprzedniej. Przeczytałam dwa rozdziały i ją odłożyłam. Nie dlatego, że początek był nudny. Po prostu wydawał mi się inny niż wszystkie i czułam, że muszę trochę odczekać zanim zacznę czytać dalej i to był dobry wybór. Gdy wróciłam do zapoznawania się z historią Kylie nie mogłam się od niej oderwać. Ujawniało się uzależnienie książkoholika- "jeszcze jeden, dwa rozdziały, ewentualnie siedem". Musiałam na siłę zamykać książkę, żeby oderwać się od czytania.
Autorka nie boi się poruszania delikatnych tematów i to jest świetne. Człowiek jest tam przedstawiony jako istota żywa, która ma uczucia, wady i zalety. Może źle to sformułowałam, bo to nie ludzie, a istoty nadnaturalne, ale wiesz, o co mi chodzi. 
Shippuję zdecydowanie Kylie i Lucasa, Derek tylko się tam miesza. Zaczęłam czytać "Szepty o wschodzie księżyca" od razu po skończeniu "Zabranej o zmroku". Boję się tej części, tym bardziej po tym, co przeczytałam w opisie. Mam nadzieję, że pani Hunter nie złamie mi serca, ale z pisarzami nigdy nie wiadomo. 

To tyle na dziś- krótko, ale już niedługo wynagrodzę to długaśną recenzją "Wybranej o zmroku". 
Miłego tygodnia, pa! ♥


Piosenka na dziś-> "Story of my life"- Home free cover  
Cytat dnia: "Tylko ty mym pieśniom dałaś moc- to koniec, niechaj noc utraci głos."- "Upiór w operze"



 

sobota, 23 stycznia 2016

"Kochani, dlaczego się poddaliście?"- Ava Delaria

Cześć! 
Jeżeli jeszcze nie zaczęły się u Ciebie ferie lub właśnie trwają to życzę Ci miłego wypoczynku, a jeżeli już minęły to mam nadzieję, że były udane.
Za tydzień koniec stycznia (!), więc tradycyjnie zamieszczę na blogu ulubieńców miesiąca, a dziś przygotowałam recenzję książki, o której niedawno było głośno. To taki przerywnik od potterowej tematyki, bo w zanadrzu mam jeszcze opinię o ostatniej części ze słynnej serii J.K Rowling.
Zapraszam, miłej lektury :)
Podstawowe informacje!
Autor: Ava Delaira
Tytuł oryginalny: "Love Letter to the Dead" 
Liczba stron: 304 
Wydawnictwo: Amber 
 
Co mówi opis? 
Szesnastoletnia Laurel nie może się pogodzić z tragiczną stratą siostry. Szuka pomocy idoli, którzy też odeszli: Kurta Cobaina, Amy Winehouse, Jima Morrisona, Janis Joplin… Pisze do nich listy. Z tych listów układa się opowieść o niej samej, jej cierpieniu, samotności, poszukiwaniu siebie i przebaczeniu.
"Kochany Kurcie, chciałam napisać do osoby, z którą mogłabym pogadać. Chciałabym, żebyś mi powiedział, gdzie teraz jesteś i dlaczego odszedłeś. Byłeś ulubionym muzykiem mojej siostry May. Odkąd jej nie ma, trudno mi być sobą, bo tak naprawdę nie wiem, kim jestem…"
Laurel podziwiała siostrę, ale czuła się przez nią zepchnięta w cień. Teraz usiłuje pogodzić się z tym, co się stało i odnaleźć siebie. Choć nie jest łatwo opłakiwać kogoś, komu się nie wybaczyło…
Pisze o tym, co się zdarzyło, przeżywa to jeszcze raz. Zwierza się, pyta. Te listy i miłość, którą odkrywa, pozwalają pojednać się z życiem i z sobą samą. Rozumie, że nie mogła ocalić siostry, ale może ocalić siebie.
Gayle Forman, autorka Zostań, jeśli kochasz, poleca swoim czytelniczkom książkę, która „roztrzaskała jej serce i poskładała na nowo”.
Nominacja Goodreads do Najlepszej Książki Młodzieżowej 2014.
Debiut sprzedany do 18. krajów!
Prawa filmowe Fox 2000, producentem będzie twórca przeboju kinowego Gwiazd naszych wina.
 
Co mówię ja?
Opis długi i według mnie zbyt mocno zachwalający historię. Przez moment było o tej książce głośno, ale nagle wszystko ucichło. To typowe dla powieści, które nie wybijają się w jakiś szczególny sposób w środowisku książkoholików.
"Kochani, dlaczego się poddaliście?" jak najbardziej mogłoby zdobyć uznanie tłumów. Autorka wpadła na pomysł, którego wcześniej raczej nikt nie wykorzystał. Chodzi mi oczywiście o rozdziały w formie listów do zmarłych idoli. To bardzo ciekawe, ponieważ poznając przeżycia głównej bohaterki dowiadujemy się też wiele o ludziach godnych podziwu, których brakuje wśród żywych. Sam zarys fabuły także jest niczego sobie- Laurel próbuje podnieść się po śmierci siostry i wspomina chwile spędzone wspólnie z nią. W trakcie stopniowo dowiadujemy się o traumatycznych doświadczeniach, z którymi dziewczyna musi żyć po odejściu May. Mimo to, po skończeniu książki czułam pewien niedosyt. Ale nie taki, który odczuwam gdy powieść była świetna i nie zdradziła za dużo, jak np. w powieściach Johna Greena, a bardziej taki, że autorka zapomniała o niektórych wątkach lub po prostu je zaniedbała. Nie mogłam się doczekać końca nie dlatego że było nudno, tylko dlatego, że chciałam chociaż częściowo poznać rozwiązanie zagadek ukrytych w przeszłości Laurel, a tu klapa i rozczarowanie. Niby przyczyna śmierć May została wyjaśniona, a mimo to... Było to jakby za proste. Tyle opowiadania, tyle dochodzenia do prawdy, żeby dowiedzieć się czegoś takiego. Było to dla mnie po prostu za płytkie, bez fajerwerków. Rozumiem, że A. Delaira chciała zasiać w każdym czytelniku nutkę niedosytu, tak jak to robi np. Green, ale niestety, nie za bardzo jej się to udało.
Było za dużo pogmatwania i poplątania, nic nie trzymało się "kupy", jakby autorka miała natłok pomysłów i chciała je wszystkie naraz wykorzystać. To nie był dobry pomysł.
Nie będę pisać więcej, bo nie lubię za bardzo krytykować powieści tu na blogu, a tej nie mam już za co chwalić.

Mam nadzieję, że post Ci się spodobał i będziesz wpadać częściej :) 
Do napisania za tydzień, papa! 

Piosenka na dziś-> "Marvin Gaye - Charlie Puth - KHS & Tyler & Ryan COVER"
Cytat dnia: "Żyjmy tak, żeby po naszej śmierci nawet grabarz płakał."- Mark Twain