czwartek, 26 maja 2016

"Wyklęta"- Joss Stirling


Witam!
 Wracam po długiej (jak na mnie) nieobecności i od razu się tłumaczę- jeszcze tydzień i skończą mi się wszystkie egzaminy (witamy w szkole muzycznej), więc będę miała w końcu czas na czytanie, a co za tym idzie na dodawanie recenzji. Teraz na długim weekendzie udało mi się przysiąść i napisać zaległe oceny książek, dlatego w najbliższym czasie kilka z nich pojawi się na blogu. 
A teraz zapraszam do przeczytania recenzji książki mojej ulubionej autorki!
Wiem, że recenzję ciężko się czyta przez kolory czcionki, ale mój blog wariuje i nie dam rady nic z tym zrobić. 
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "Struck"
Autor: Joss Stirling
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 400 
 Co mówi opis?
Co mówię ja? 
To cudowne uczucie, móc znów wrócić do świata powieści ulubionej autorki. Co prawda historia jest zupełnie inna i nie dotyczy już braci Benedictów, ale styl pisania i tajemniczy klimat poprzedniej sagi pozostały.
Czytając "Wyklętą" strasznie się stresowałam kilkoma wydarzeniami, musiałam sobie powtarzać "spokojnie, to książka, nie moje życie". Ale dla pani Stirling charakterystyczne jest to, że nie wiadomo, co by się działo na końcu można spodziewać się romantycznego "happy endu". Ja osobiście to uwielbiam, przynajmniej nie mam po takiej powieści depresji, jak po co poniektórych historiach.
Kolejnym charakterystycznym elementem powieści Joss są obłędni bohaterowie płci męskiej. Kieran, tak samo jak Zed (najmłodszy z braci Benedictów), jest po prostu aniołem chodzącym po Ziemi. Raven ma ogromne szczęście, że się na niego natknęła. Poza tym tworzą razem przecudną parę, wręcz "książkową" ;) W ogóle wszystkie postacie są wykreowane niezwykle ciekawie, zaczynając od Kierana i Joe'go, przez panią dyrektor szkoły, aż po dziadka głównej bohaterki. O każdym dowiadujemy się tylko tyle, ile powinniśmy wiedzieć, nie za dużo, nie za mało.
Przyznaję się bez bicia, że sam początek historii mnie nie zachęcał- bałam się, że będzie to kolejna książka o ofierze losu, która boi się wychylić nosa zza drzwi swojego pokoju, ale zostałam mile zaskoczona- Raven okazała się by silną, młodą kobietą, która mimo przeciwności losu nie poddawała się. Co oczywiście nie zmienia faktu, że gdyby nie Kieran, na pewno byłoby jej dużo trudniej.
Sama fabuła powieści jest przegenialna i niepowtarzalna. Myślę, że w żadnej innej książce nie znajdziemy takie samego motywu. Żałuję, że historie pani Stirling są mniej znane niż te, w których w kółko powtarza się ten sam motyw- podział społeczeństwa, dziewczyna ratująca świat i trójkąt miłosny. Gwarantuję, że czytając "Wyklętą" nie będziesz się nudzić, bo po prostu się nie da przewidzieć, co będzie dalej. Świetnie przemyślany wątek szkoły kryminalnej, coś nowego, taki powiew świeżości między półkami, bardzo niestandardowy. Było dużo zagadek, ale za razem nie męczących, autorka powoli naprowadzała czytelnika na odpowiedni tok myślenia, ale nie narzucała się, dawała pole do popisu. Powieść bezdyskusyjnie pobudza nasze szare komórki.
I jeszcze informacja dla osób, które są zainteresowane kontynuacją sagi o braciach Benedictach- pisałam ostatnio z Joss Stirling, zapewniła mnie, że z informacji które ma wynika, że kolejne części tłumaczone są na polski! Polecam książkę "Wyklęta" każdemu, kto ma dosyć depresyjnych zakończeń i chce zaobserwować kwitnącą miłość między bohaterami. Przyjemna, szybko się ją czyta, po prostu idealna powieść ♥ 
To by było tyle na dziś, obiecuję, że jak tylko zdam wszystkie egzaminy posty będę dodawać częściej, ale tylko pod warunkiem, że każdy z Was będzie mnie do tego motywować, np. komentarzami.
Miłego tygodnia, cześć!
Piosenka na dziś-> CINDERELLA vs BELLE: Princess Rap Battle (Sarah Michelle Gellar & Whitney Avalon) 
Cytat dnia: "While you're so adored, where's your Academy Award?"  

piątek, 6 maja 2016

"Odrodzona" i "Wieczna"- C.C Hunter

Cześć!

Tydzień temu obchodziłam Wielkanoc, dlatego nie wstawiłam postu, ale dziś chcę to wynagrodzić podwójną recenzją! 
Przeczytałam na razie dwie książki z serii "Wodospady cienia po zmroku". Tak dobrze wrócić do ulubionych postaci ♥ 
Zapraszam do przeczytania mojej opinii na temat "Odrodzonej" i "Wiecznej"!

Co mówi opis?
"Odrodzona"
Niestety nadal mam problem ze wstawianiem skopiowanego tekstu, więc kliknij tu, by przeczytać opis.
"Wieczna"
Kliknij tu po opis!
Co mówię ja? 
"Odrodzona"
Na początku bardzo ciężko było mi się znowu wdrożyć w ten specyficzny klimat obecny przy czytaniu "Wodospadów cienia". Musiałam przestawić sobie kilka trybików w głowie i zapamiętać, że teraz wszystko pokazane jest z perspektywy Delli, nie Kylie. Po kilka rozdziałach przyzwyczaiłam się i nie miałam z tym żadnych problemów.
Nowej głównej bohaterki często nie rozumiem, nie zgadzam się z jej wyborami, więc wolałam jednak, gdy historia opowiadania była z perspektywy Kylie. Ale z drugiej strony to miła odmiana- poznajemy inne podejście do sprawy istot nadnaturalnych. Della z biegiem czasu staje się inna, nie jest tak trudno dostępna i łatwiej jest się z nią dogadać. Chociaż znając jej problemy doskonale rozumiałam, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej.
Pojawiło się kilka szybkich akcji, typowych dla C.C Hunter, takich jak np. poród Holiday. Wszystko działo się w takim przewrotnym tempie, że nie nadążałam z przetwarzaniem informacji. To nie do końca mi się w tej powieści podoba, ale to tylko mały minusik na tle wielkich plusów.
Ciągle myliłam Chase'a z Chanem, dopiero pod koniec bez trudu rozróżniłam, o którego wampira chodzi. Bardzo się cieszę, że sporą rolę w "Wodospadach cienia po zmroku" odbywają stare postacie, które już doskonale znam, takie jak Burnett, Kylie czy Miranda. Zżyłam się z nimi i naprawdę miło jest znów o nich czytać.
Cudownie przedstawiona przyjaźń trzech dziewczyn, aż się robi ciepło na sercu gdy się czyta, jak bardzo są sobie oddane.
Co do trójkąta miłosnego, który niewątpliwie tu także się wkrada- w tej serii nie jest już tak zgrabnie wpleciony jak w poprzedniej, momentami nawet mi przeszkadzał. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach autorka nie przesadzi z obrotem akcji w tej kwestii.
"Wieczna"
Dosyć długo czytałam tę część, ale i tak wydawało mi się, jakby to była dosłownie sekunda. Autorka jak w każdej swojej książce budowała napięcie bardzo powoli, by nagle rozwiązać wszystko w jednym akapicie. To naprawdę ciekawe i nieczęsto spotykane zjawisko wśród historii fantasy. Jest to swego rodzaju terapia szokowa, ale ja już się do niej całkowicie przyzwyczaiłam.
Nie mogłabym nie odnieść się do trójkąta miłosnego- jestem totalnie Chase&Della shipper, Steve baaardzo mnie irytuje, tak samo jak Derek w pierwszej serii. Właśnie dlatego gdy czytałam kilka ostatnich stron tak bardzo bolało mnie serduszko- pani Hunter zbudowała pozorny spokój, już mi się wydawało, że w tej części problemy się skończyły, ale było to tylko chwilowe. Czekam z niecierpliwością na 12 maja, by dowiedzieć się, jak bohaterowie wybrnął z tej sytuacji.
Szczerze mówiąc nie do końca rozumiem Dellę, która bardzo różni się od Kylie. Ale to dobrze, uznałabym, że coś jest nie tak, gdybym zgadzała się z każdym wyborem głównej bohaterki. Mam nadzieję, że w sprawach sercowych w trzeciej części nie zrobi nic za bardzo głupiego i nie będę musiała płakać do kartek.
Świetnie wplecione śledztwo, zagmatwane, ale nie za bardzo, czytelnik sam po dłuższym zastanowieniu dochodzi do rozwiązania, które nie jest tak banalne, jak może się wydawać.
Tę część czytało mi się bez wątpienia łatwiej pod względem głównej bohaterki, bo Della niewątpliwie baaardzo się zmieniła. Mam nadzieję, że to nie zepsuje się w "Niewypowiedzianej", na której premierę czekam z niecierpliwością ♥

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że doczytał*ś do końca, mimo długości tych dwóch recenzji. Zostaw pod wpisem komentarz, to mnie zawsze bardzo motywuje! 
Do napisania! 

Piosenka na dziś->  "Misty Mountains" -Peter Hollens, ft. Tim Foust
Cytat dnia: "Soon I'll be sixty years old and I'll think the world is cols or I'll have a lot of children who can warm me."

sobota, 9 kwietnia 2016

"Złodziejka książek"- Marcus Zusak

Cześć!
Jak pewnie zauważył*ś, tydzień temu post się nie pojawił- będzie się to zdarzało coraz częściej, bo mam bardzo mało czasu na pisanie. Prawdopodobnie będę na razie dodawać posty co dwa tygodnie.
Ale żeby wynagrodzić brak wpisu w tamtym tygodniu, dziś wrzucam dłuuugą recenzję najcudowniejszej powieści, jaką dane mi było przeczytać- "Złodziejki książek".
Zapraszam! 
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "The book thief" 
Liczba stron: 496
Autor: Marcus Zusak
Wydawnictwo:  Nasza Księgarnia
Co mówi opis?
Liesel Meminger swoją pierwszą książkę kradnie podczas pogrzebu młodszego brata. To dzięki „Podręcznikowi grabarza” uczy się czytać i odkrywa moc słów. Później przyjdzie czas na kolejne książki: płonące na stosach nazistów, ukryte w biblioteczce żony burmistrza i wreszcie te własnoręcznie napisane… Ale Liesel żyje w niebezpiecznych czasach. Kiedy jej przybrana rodzina udziela schronienia Żydowi, świat dziewczynki zmienia się na zawsze…

Markus Zusak urodził się w 1975 roku. Dorastał w Sydney, gdzie wciąż mieszka z żoną i dwójką dzieci. Jest autorem pięciu powieści, w tym „Posłańca” oraz „Złodziejki książek” – międzynarodowego bestsellera, przetłumaczonego na ponad czterdzieści języków.

Jego pierwsze trzy powieści („Moje tak zwane życie”, „Walczący Ruben Wolfe” i nietłumaczona na język polski „When Dogs Cry”, wydana też jako „Getting the Girl”), ukazały się w latach 1999–2001, zdobywając nagrody w Australii i USA.

„Posłaniec” (2002, polskie wydanie 2009) w 2003 roku otrzymał dwa wyróżnienia w Australii: Australian Children’s Book Council Book of the Year Award (Older Readers) i NSW Premier's Literary Award (Ethel Turner Prize) oraz Printz Honour w Ameryce i nagrodę Deutscher Jugendliteratur w Niemczech. 

Jednak największy sukces odniosła „Złodziejka książek”. Od pierwszego wydania w 2005 roku powieść przez 375 tygodni znajdowała się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Do dziś zajmuje pierwsze miejsca na listach bestsellerów Amazon.com, Amazon.co.uk, „New York Timesa” oraz podobnych listach w wielu krajach Ameryki Południowej, Europy i Azji. Zdobyła liczne nagrody i wyróżnienia oraz została sfilmowana.

Adaptację filmową „Złodziejki książek” wyprodukowała wytwórnia Twentieth Century Fox. W filmie wyreżyserowanym przez zdobywcę nagrody Emmy, Briana Percivala („Downton Abbey”), zagrali m.in.: Geoffrey Rush („Blask”, „Jak zostać królem”), Emily Watson („Przełamując fale”, „Anna Karenina”) oraz Sophie Nelisse („Pan Lazhar”) jako Liesel Meminger, tytułowa złodziejka książek.
Co mówię ja? 
Mogłabym rozpocząć i jednocześnie zakończyć tę recenzję "Złodziejki książek" jednym słowem- boska. Myślę, że to określenie w pewien sposób porządkuje wszystkie myśli, które kotłują mi się aktualnie w głowie. Nie wiem, czy jestem w stanie słowami wyrazić to, jak bardzo kocham powieść autorstwa Marcusa Zusaka.
Sukces po części polegał na tym, że czytałam same pochlebne recenzje na temat tej powieści, więc miałam start z mocnej pozycji. Podchodziłam do tego pozytywnie nastawiona. Zachwyca mnie sama okładka, co prawda posiadam wersję filmową, ale ta oryginalna jest po prostu... czarująca. Wstęp może człowieka trochę zwieść, bo gdy dowiadujemy się, że narratorem jest sama Śmierć (w tym przypadku raczej 'sam Śmierć) zaczynamy się trochę niepokoić. Osobiście była zachwycona przedstawieniem tej mrocznej postaci. Urzekł mnie sam sposób, w jaki narrator się wypowiadał. Delikatny, sytuacje przedstawiane oczami dziecka, ale językiem dojrzałej osoby. Książka ta aż rozepchana jest przecudownymi cytatami, zapisałam ich sobie kilkadziesiąt, bo są po prostu niespotykane, trafnie sformułowane. Idealne.
Cała historia jest straszliwie poruszająca. Nie jest to żadne sci-fi, co jeszcze bardziej mnie dobija. Takie sytuacje w tamtych czasach przeżywali ludzie. Prawdziwi. Musieli borykać się z ogromnymi problemami, z którymi ludzie 21. wieku zwyczajnie nie dali by sobie rady. Na samym początku byłam przerażona chociażby tym, jak Rosa zwracała się do Liesel, czy do męża- później się do tego przyzwyczaiłam, nie przeszkadzało mi to w najmniejszym stopniu.
Kiedy ktoś pyta mnie "O czym to jest?", nie umiem mu odpowiedzieć. A kiedy już staram sie cokolwiek wydukać, plączę się w "zeznaniach", bo mówię o jednym wątku, który wynika z innego, a tamten inny jeszcze z innego i po prostu nie da się opisać tej historii zwykłymi słowami, nie zdradzając zbyt wiele. Nie można także uznać, że to opowieść po prostu o "Złodziejce książek". to fakt, wokół tego rozgrywa się cała historia, ale te dwa słowa nie wyrażają nawet w najmniejszym stopniu tego, co zawarte jest na tych 480 stronach.
Chciałabym znaleźć jakiś minus, naprawdę. Cokolwiek, najmniejszy niuans, ale po prostu nie umiem. Zakochałam się w tej książce po uszy. Przeczytałam ją w dwa dni, skończyłam w nocy, poryczałam się jak dziecko. Nigdy jeszcze nie popłakałam się takimi prawdziwymi łzami nad powieścią. Ale ostatni rozdział, gdy wszystko się wali jest tak dobijający, że myślałam o tym przez całą noc. Ta historia chodzi za mną, mogę nawet uznać, że mnie prześladuje. Najbardziej chwytające za serce są takie aspekty jak np. akordeon, czytanie w schronie, czy chociażby Rudy. Osoby, które przeczytały tę opowieść wiedzą, o co chodzi i myślę, że się ze mną zgadzają.
Bardzo mi się spodobało to, że narrator\autor nie chciał nas trzymać w napięciu. To i tak byłoby bez sensu. Była wojna. Wiadomo, że prędzej czy później wszyscy zginął. Dlatego dobrze, że powplatał momenty śmierci w środek książki, przynajmniej na sam koniec szok był mniejszy.
Przywiązałam się do wszystkich postaci. Uwielbiam Hansa, Maxa, Rudy'ego, żonę Burmistrza... Po prostu wszystkich. Nie do końca utożsamiam się z Liesel, ale nie dziwi mnie to- żyję w zupełnie innych czasach, niż te opisane w książce, więc również zachowuję się inaczej niż jej bohaterowie.
Nie mogę także pominąć pochwały oprawy graficznej książki- te wytłuszczone wtrącenia, udekorowane małymi symbolami, wyglądają bardzo wdzięcznie i dodają kartkom z literami uroku.
Nie wiem, jak Marcus Zusak to zrobił. Obecnie ma 41 lat, "Złodziejkę..." wydano w 2005, czyli miał wtedy 30 lat, a gdy ją pisał, musiał być gdzie po 20. Jak tak młody człowiek, mógł napisać tak wzruszającą, prawdziwą i za razem magiczną opowieść? Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem, wielki ukłon w jego stronę. Chciałabym mieć taki talent. 

Uh, długaśna wyszła ta recenzja, mam nadzieję, że dotrwał*ś do końca i nie zanudził*ś się na śmierć ;) 
Do napisania za tydzień lub dwa, papa!

Piosenka na dziś-> "Seven years"- Lukas Graham

niedziela, 27 marca 2016

"Rozkaz zagłady"- James Dashner

Cześć!
Wpis wrzucam dopiero dziś, ponieważ wczoraj cały dzień nie miałam internetu. Mam nadzieję, że święta mijają Ci spokojnie, skąpane w cudnym słońcu, które ostatnio postanowiło łaskawie pokazać się na parę dni.
Wczoraj skończyłam czytać "Rozkaz zagłady". Co tu mówić, długo się z tą powieścią męczyłam, ale jakoś udało mi się dobrnąć do końca. Zapraszam do przeczytania recenzji!

Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "The Kill Order" 
Autor: James Dashner 
Liczba stron: 420 
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Co mówi opis? 
Po opis kliknij tu!
Co mówię ja?
Podczas czytania tej książki czułam się jak zawiedzione, małe dziecko, które podczas podróży pyta rodziców "Daleko jeszcze?", a oni zdenerwowani odpowiadają "Tak".
"Rozkaz zagłady" miał rozjaśnić czytelnikowi chociaż kilka ważnych aspektów poruszonych w trylogii. Tym czasem miałam wrażenie, że autor sam plątał się w pisaniu. Jakby chciał wyjaśnić zbyt wiele za jednym razem, ale zamiast tego dołożył jeszcze więcej pytań, dorzucił kilka wątków do całej tej "zupy" zawiłości i niechlujnie wymieszał. Po skończeniu powieści czułam się tak, jakbym wróciła do punktu wyjścia, bo szczerze mówiąc nie interesowało mnie, jak wyglądały rozbłyski słoneczne, bo to chyba jeden z najmniej ważnych momentów w całej historii. Oczywiście wiele znaczy dla fabuły, ale nie odczuwałam potrzeby przeczytania dokładnego opisu, który tak naprawdę nie zbyt wiele mówił, bo opowiedziany był z perspektywy ludzi, którzy w trakcie całej katastrofy przebywali pod Ziemią. Wiem, że to co piszę nie ma do końca sensu, ponieważ prawie wszyscy ludzie, którzy znajdowali się na powierzchni zginęli, ale myślę, że rozumiesz, o co mi chodzi. 
Męczyłam się z tą książką, naprawdę. Dreszcze przeszły mnie tylko raz i to w ostatnim rozdziale, gdy naprawdę coś zaczęło się dziać. Początek także nie był zły, dowiadujemy się, jakim cudem Pożoga rozprzestrzeniła się na Ziemi i do czego miała początkowo służyć. Ale później bohaterowie prowadzili walkę z wiatrakami. Tyle zachodu po to, żeby przeprowadzić odporną dziewczynkę przez Płaski Przenos. Zastanawiam się, co by było, gdyby jej nie znaleźli- podróżowaliby zupełnie bez sensu. Ale co z tego, skoro i tak wszyscy by zginęli. Nigdy nie zrozumiem Dashnera- mamy zupełnie inny tok myślenia.
Jeżeli chodzi o porównanie obu głównych bohaterów, Marka i Thomasa, zdecydowanie wole tego drugiego. Mark mnie nudził, tak samo Alec czy Trina- nic specjalnego w nich nie było.
Cały zamysł "Rozkazu zagłady" jest naprawdę fajny, ale według mnie wykonany słabo, bez pomyślunku, trochę na odwal. Za dużo nowych zagadek. Chciałam wyjaśnienia historii Thomasa i Teresy (tak wiem, że jedna z bohaterek prequelu to ona), procesu tworzenia labirytnu, a dostałam w większości to, czego sama zdążyłam się domyślić. 
Jeżeli przeczytał*ś trylogię "Więzień labiryntu", sięgnij po "Rozkaz zagłady", głównie z ciekawości, może wyrobisz sobie inną opinię niż ja. Moja ocena to niestety takie słabe 4\10.

Przepraszam, że ta recenzja nie do końca trzyma się całości, ale jestem w trakcie "Złodziejki książek" i jestem w wielkim szoku, więc ciężko mi jest wypowiadać się na temat jakiejś innej powieści. 
Życzę słonecznego tygodnia! ♥

Piosenka na dziś-> "NO"- Meghan Trainor 
Cytat dnia: "Co może być gorsze od chłopaka, który cię nienawidzi? Zakochany chłopak."
-"Złodziejka książek", Markus Zusak 

sobota, 19 marca 2016

"Lek na śmierć"- James Dashner

Cześć!
Aż ciężko mi uwierzyć, że to już środek marca, a co za tym idzie, jest coraz mniej czasu do egzaminów z przedmiotów muzycznych, więc nie obiecuję, że posty będą pojawiać się regularnie.
Dziś zapraszam do przeczytania recenzji trzeciej części "Więźnia labiryntu"!
Miłej lektury :)

Podstawowe informacje!
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowych księżyc
Liczba stron: 440
Tytuł oryginalny: "The Death Curse"
Co mówi opis?
Co mówię ja? 
Słyszałam o zakończeniu trylogii "Więzień labiryntu" wiele złych opinii. Nie zgadzam się z nimi, ani trochę. Gdyby nie szkoła, siedziałabym całą noc, żeby zobaczyć jak się skończy.
Już od samego początku akcja się rozkręcała. Słabo pamiętałam, co się działo na końcu "Prób ognia", ale to mi nie przeszkadzało, byłam zbyt zajęta przeżywaniem sytuacji w tej części. Jak to u Dashnera, nie było żadnych zastojów, nawet opisy nie były nudne. To niesamowite, bo aktualnie jestem w trakcie "Rozkazu zagłady" i początek wydaje się trochę nużący, ale brnę dalej, żeby poznać tajemnice świata zgładzonego przez Rozbłyski Słoneczne.
Gdy jeden z głównych i najbardziej lubiany przez czytelników bohater (płci męskiej) ginął, nawet się nie wzruszyłam. Może nie byłam do niego wystarczająco przywiązana, nie wiem. Czasami zgony w tej trylogii wydawały mi się takie szybkie i często bezsensowne, ale tak to w życiu jest- można wygrać walkę z Buldożercami, przetrwać w labiryncie, a później zginąć przygnieciony ( w tym wypadku przygnieciona) przez odłamek walącego się budynku. Przecież nie wszystko w powieściach musi być spektakularne, uwieńczone ogromnymi efektami pirotechnicznymi, czy walkami między bohaterami.
W pewnych momentach czułam się aż zrozpaczona rozwojem akcji, chciałam krzyczeć do bohaterów, którzy często podejmowali (według mnie) niewłaściwe decyzje. Ta książka niewątpliwie mnie wciągnęła, grała na moich emocjach do samego końca.
Co do zakończenia... było takie zbyt szczęśliwe. To fakt, zginęło tyle osób. I zawiodło mnie to, że było tyle zachodu, tyle tych Prób, żeby wszystko poszło na marne. Poczułam się może nawet trochę oszukana, ale myślę, że o to właśnie chodziło- tak samo czuli się bohaterowie. Tyle trudu, śmierci i starań na nic. Może "na nic" to złe określenie, bo jednak coś z tego wyszło, ale plany totalnie się pokrzyżowały. Dashner jest mistrzem w męczeniu czytelników, w tej kwestii przebił nawet Suzanne Collins.
Czuję ogromny niedosyt, chcę wiedzieć, co stało się dalej. Cały czas mam nadzieję, że autor jednak postanowi napisać jakąś chociaż króciutką kontynuacje, ale coraz bardziej w to wątpię, bo skoro powstał "Rozkaz zagłady", to pisarz nie będzie chciał zdradzić nam więcej szczegółów. Możemy się tylko domyślać, jak potoczyły się dalsze losy postaci.
Ta recenzja może wydawać się nieskładna, wybacz- ten tydzień był dla mnie ciężki, nie mogłam się skupić na pisaniu.
Mimo to mam nadzieję, że wpadniesz tu jeszcze, a teraz zostawisz po sobie komentarz.

Miłego tygodnia, do napisania!

Piosenka na dziś-> "Uptown Funk" - Mark Ronson ft. Bruno Mars (Against The Current Cover feat Set It Off)
Cytat dnia: "W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca."- Paulo Coehlo

sobota, 12 marca 2016

"Fangirl"- Rainbow Rowell

Cześć!
Tydzień temu już zapowiadałam, że pojawi się recenzja powieści związanej z poprzednim tagiem i oto jest- moja ocena "Fangirl"! 
Sądzę, że nie ma co przydłużać, zapraszam do czytania i komentowania!
 
Podstawowe informacje!
Tytuł oryginalny: "Fangirl"
Autor: Rainbow Rowell 
Liczba stron: 380
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive) 
Co mówi opis?
Teraz muszę niestety wstawiać Wam link do opisu, bo nie mogę nic tu skopiować, ale mam nadzieję, że niedługo się z tym uporam. 
Co mówię ja? 
Czytałam bardzo wiele niepochlebnych recenzji na temat tej książki, wokół której przez prawie miesiąc krążył świat książkoholików- w zapowiedziach zapewniano, że to powieść o nas. O osobach, których książki wciągają tak bardzo, że czasem zapominają o rzeczywistości, które zakochują się w przystojnych bohaterach marząc o przeniesieniu ich do naszego świata. Tym czasem dostałam w ręce powieść o delikatnie mówiąc niemiłej, aspołecznej dziewczynie zamkniętej w swojej głowie. Trochę mnie to zdenerwowało, ponieważ pokazano nas jako zołzy 24 na dobę czytające, zamknięte na świat, bez przyjaciół. Przez opinie krążące w internecie zaczęłam zapoznawać się z "Fangirl" z początkowo negatywnym nastawieniem. Każde nawet dobre zdanie bardzo mnie nużyło. Postanowiłam, że więcej nie przeczytam recenzji przed przeczytaniem książki.
Postać Cath przeszła ogromną przemianę, można powiedzieć, że nawet ewoluowała od początku historii, aż do końca. I pomyśleć, że to dzięki Leviemu, chłopakowi, który na początku wydaje się postacią wręcz absurdalną i jakby wciśniętą do fabuły na siłę. Pod koniec jednak przekonałam się, że był on najlepszym bohaterem. Bije od niego tak pozytywna energia, że na sam widok jego imienia w tekście uśmiecham się. Jest on wielkim plusem całej powieści.
Pojawia się kilku bohaterów, którzy tylko epizodycznie lub na krótszą chwilę przewijają się przez rozdziały, by później zgrabnie zniknąć z nich na dobre, jak np. Abel czy Nick. Szczerze mówiąc myślałam, że autorka trochę bardziej rozwinie wątek znajomości Cath i chłopaka z biblioteki.
Bardzo ciekawie przedstawione są relacje bliźniaczek, które z każdą stroną zmieniały się coraz bardziej- na lepsze i czasem na gorsze. Ogólnie ciekawie zbudowany wątek rodziny, zagubionego we własnej głowie ojca, matki, która nie jest matką i ich córek, które mają na początku tak naprawdę tylko siebie.
Książka wydaje mi się nie dokończona- ale nie w taki pozytywny sposób, tylko po prostu... Brakowało mi czegoś. Czuję aż za duży niedosyt, a to dosyć spory minus.
Trochę niezgrabnie wprowadzony wątek fanfiku głównej bohaterki, sama jego treść mi się nie podobała, ale to kwestia gustu.
Fajnie przedstawiona przyjaźń współlokatorek- nieszablonowa, nawet nie wiem, czy można to ostatecznie nazwać "przyjaźnią", ale myślę, że nie znajdę na to lepszego określenia. To na pewno bardzo specyficzne relacje.
Czy utożsamiam się z Cath? Z tą z początku "Fangirl" na pewno nie. Jestem książkoholiczką, ale otwartą na świat. Z tą z końca może już bardziej, chociaż też nie zupełnie, mamy totalnie odmiennie charaktery.

I to by było na tyle, jeżeli chodzi o moje zdanie na temat "Fangirl". Napisz w komentarzu, co sądzisz o samej książce oraz o mojej recenzji :)
Do napisania! ♥

Piosenka na dziś: "Bad Day"- Daniel Powter
Cytat dnia: "Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość."- "Piraci z Karaibów: Klątwa Czarne Perły"

sobota, 20 lutego 2016

"Wybrana o zmroku"

Cześć!
Nie wiem co się dzieje- nie mogę dodać recenzji "Insygniów Śmierci", ponieważ biały tekst wyświetla się na białym tle i nic nie widać.  Piotrek nad tym pracuje, ale nie wiem, czy coś da się zrobić. 
Chciałam zawiesić bloga na czas nieokreślony, brakowało mi motywacji, nie mam czasu na czytanie, a co za tym idzie również na pisanie recenzji. Ale przed chwilą weszłam na bloggera, i zobaczyłam tę cudowną liczbę 1001 wyświetleń pod ostatnią opinią na temat książki "Szepty o wschodzie księżyca". Ucieszyłam się ogromnie, dostałam wielkiego kopa i będę pisać dalej. W najbliższej przyszłości spodziewajcie się raczej tagów, askowych pytań i ulubieńców, recenzji będzie zdecydowanie mniej, ale na tyle dużo, żeby zachować charakter bloga. 
A teraz zapraszam do przeczytania ostatniej części "Wodospadów cienia". 
Miłej lektury!
Podstawowe informacje! 
Tytuł oryginalny: "Chosen at Nightfall"
Autor: C.C Hunter
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 400  

Co mówi opis?  
(opis tu)- wstawiam link, bo gdy kopiuję tekst i wklejam w poście pojawia się on na białym tle i nic nie widać.
Co mówię ja?
Nie. To nie może być koniec. Musi być kolejna część, przecież nie dowiedziałam się tylu ważnych rzeczy...
Lepszego zakończenia chyba nie mogłam sobie wymarzyć. C.C Hunter doskonale wie i od pierwszej części wiedziała, czego potrzebuję. Mam wrażenie, że gdybym to ja miała być autorką "Wodospadów cienia" napisałabym je tak samo. No, może prawie, kilka rzeczy bym pozmieniała, ale to naprawdę drobiazgi.
"Wybraną o zmroku" przeczytałam w dwa dni. Mogłam skończyć ją w jedną noc, ale rodzice uznali, że za późno chodzę spać, co było okropne, bo musiałam przerywać czytanie w najlepszych momentach, a później pół nocy męczyć się z pytaniem "I co będzie dalej?". Kilka razy nawet "w biegu" przeglądałam następną stronę, żeby się czegoś dowiedzieć. Żadna powieśc jeszcze tak na mnie nie działała, nawet "Harry Potter", ale to dlatego, że w serii autorstwa J.K Rowling nic mnie nie mogło zaskoczyć, bo spojlerowcy mnie nie oszczędzili. "Wodospady cienia" nie są tak popularne (a szkoda) i ciężko jest natknąć się na spojler na przypadkowej stronie na facebooku.
Mam zastrzeżenia co do finałowego starcia Kylie z Mariem. Miałam wrażenie, że autorka jak najszybciej chciała opisać ślub Burnetta i Holiday, bo scena, która miała rozwiązać wszystko, nad którą główna bohaterka głowiła się przez połowę serii była bardzo krótka i raczej mało spektakularna. Wszystko działo się zbyt szybko, w pewnym momencie przestałam nadążać. W takich chwilach powinno się budować napięcie, a tu tego wzrastania zabrakło, było od razu wielkie BUM! i rozwiązanie sytuacji. Ale to tylko kropelka w ocenie, jestem w stanie wybaczyć pani Hunter to niedopatrzenie.
W końcu odnalazłam swój OTP. I nie, nie jest to Kylie&Lucas, chociaż ich też kocham ponad wszystko i kibicowałam tej parze od początku. Jestem wręcz zauroczona połączeniem Burnetta&Holiday. Chyba nie mogli się dobrać lepiej. Momentami nie mogłam się powstrzymać od pomyślenia "Ooo, to takie słodkie". Do tego ta wesoła wiadomość.. Bardzo dobrze rozegrany wątek, powoli wprowadzający czytelnika w samo sedno.
Autorka ma skłonność do wprowadzania nowych postaci mącących w fabule, często pojawiających się na chwilę, choć niektórzy zostają na dłużej. Mówię tu np. o Clarze, siostrze Lucasa, Jenny, Haydenie, czy Johnie, który okazał się prawie kluczową postacią. To bardzo fajny pomysł- jest kilka postaci, takich jak Holiday, Kylie, Derek czy Della, które są jakby bazą, centralną planetą układu, na około której krążą inne ciała niebieskie. W ten sposób do powieści wkrada się trochę tajemnicy.
Nie wierzę, że to koniec. Musi być kolejna część. Chcę się dowiedzieć, jakim Burnett jest ojcem, czy Jenny i Derek się pobrali, co się stało z Kylie i Lycasem. Muszę się dowiedzieć, bo inaczej nie będę w stanie spokojnie żyć.
Bardzo przywiązałam się do postaci. Mam wrażenie, że są ze mną nie tylko ukryte na stronach książki, ale i w prawdziwym życiu. Chciałabym, żeby tak było. Jak dobrze byłoby mieć przy sobie taką Holiday, która jest jak starsza siostra, kochającego Lucasa czy takie przyjaciółki jak Della i Miranda. No, poprawka, takich przyjaciół mam, co nie zmienia faktu, że chętnie wyciągnęłabym z powieści kilka postaci i umieściła je w naszym wymiarze.
Podsumowując- polecam serię "Wodospady cienia" każdemu, kto jeszcze nie miał przyjemności się z nią zapoznać. 

To tyle na dziś- mam nadzieję, że uda mi się dodać w końcu recenzję "Insygniów Śmierci", bo napracowałam się nad nią. 
Miłego tygodnia, do napisania za tydzień! 

Piosenka na dziś-> "Dancing queen"- Abba
Cytat dnia: "Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości."- "Alchemik"